Horodeński i Horodycki

Na ostatnie Walentynki otrzymałem od żony książeczkę Andrzeja Horodeńkiego, która w sposób syntetyczny wypowiada się nie tylko „W sprawie Pana Boga”[1], ale także przeciwstawianego jej zazwyczaj światopoglądu materialistycznego.

Ponieważ sam dokonałem udanej (jak może niezbyt skromnie sądzę) syntezy obu, która jest w stanie zadowolić zwolenników obu opcji, z zainteresowaniem przeczytałem, m.in., co następuje:

„W swych przypuszczeniach Wheeler posunął się jeszcze dalej: czasoprzestrzeń wypełniona jest i organizowana przez coś w rodzaju wszechobecnej, kwantowej świadomości.” [s.45]

Warto dodać że Autor dokonuje poprawnej syntezy myśli Huegha Everetta III i Dawida Deutscha, a także omawia równie syntetycznie (i na ogół bez większych zastrzeżeń) możliwe reperkusje filozoficzne dokonań fizyki współczesnej, co już samo w sobie nastraja przychylnie do tej lektury.

Zanim przechodzi do „projektu inteligentnego”, przywołuje holograficzny model wszechświata i wynikające zeń sugestie Richa Tellera, że: „Nasza rzeczywistość jest w istocie rzeczywistością wirtualną!” [s.67] , zaś „Programista to my sami. My sami w przyszłości! Ściślej – nasi potomkowie, którzy osiągnęłi tak wysoki poziom rozwoju, że są w stanie generować komputerowo wirtualne z ich punktu widzenia światy – na tyle doskonałe, by wyposażyć ich mieszkańców w świadomość.”

W mojej opinii pogląd ten grzeszy tą samą niespójnością logiczną, jaka obarcza hipotezę panspermii. Otóż życie i inteligencja musiało wpierw powstać w jakiejś w pełni rzeczywistej (a nie wirtualnej) rzeczywistości. O ile deiści nie mają z nią problemów, ponieważ usuwa ją hipoteza bliżej nieokreślonego Stwórcy, o tyle materialiści mogą spokojnie odrzucić obydwa poglądy, jako… nadmiarowe (z punktu widzenia zasady Ockhamy).

Odrzucam, zatem, pogląd o wirtualnym charakterze naszej rzeczywistości złożonej z kwantowych pikseli. Podane cytaty nadal jednak dobrze komutują z garścią moich wcześniejszych przemyśleń, jakie z kolei zawdzięczam, przynajmniej w pewnej mierze, lekturze innego prostego, równie jak poprzedni syntetycznego tekstu, tym razem autorstwa Michała Horodyckiego, pt. „Niezwykłe cechy informacji kwantowej”, z 2001 r.[2]

Chociaż są one w istocie owocem wieloletnich wcześniejszych rozważań i myślowego „odkrywania” kolejnych modelowych konsekwencji zarówno mechaniki kwantowej, jak i teorii względności.

Pomiar dokonany na układzie kwantowym oprócz klasycznego wyniku, będącego efektem dekoherencji, zmienia też stan samego układu kwantowego, nie zmieniając jednak jego kwantowoukładowego charakteru.  Toteż układ taki nadal ewoluuje kwantowo, wychodząc od tego nowego, zmienionego pomiarem stanu.

Gdy elektron zostanie oświetlony fotonem tuż przed jedną ze szczelin, przez które w przeciwnym razie przejdzie jednocześnie w swym splątanym stanie, to musi wystartować z miejsca jego lokalizacji (dekoherencji), które staje się teraz jego nowym wyjściowym stanem położenia przy określonym jednocześnie z dokładnością do zasady Heisenberga pędzie. Zasadniczo ma on ponownie szanse przejścia przez obie szczeliny naraz. Ale będą to szanse wybitnie nierówne i dlatego w praktyce nie zaobserwujemy wzoru interferencyjnego takiego elektronu samego ze sobą (jak to ma miejsce w bardziej symetrycznej konfiguracji wyjściowej), ponieważ amplituda prawdopodobieństwa przejścia przez drugą szczelinę będzie od pewnego miejsca zbyt nikła, abyśmy mogli zmierzyć ją naszymi przyrządami w miejscu ekranu (dynamika przyrządu będzie za mała dla wychwycenia obrazu interferencyjnego z dominującego obrazu dyfrakcyjnego pierwszej szczeliny).

Wykonanie pomiaru oznacza nic innego, jak doprowadzenie do oddziaływania jednego układu kwantowego (badanego obiektu)  z drugim (z przyrządem pomiarowym).

Jednak, izolowane łącznie, pozostaną one nadal w wyższym splątanym  stanie kwantowym obejmującym oba te podukłady. Dopiero włączenie trzeciego, świadomego podukładu (który „zmierzy” wynik przyrządu w kolejnym procesie pomiarowym „odczytując” go, doprowadzi do dekoherencji tego podwójnego układu.

I ponownie cały potrójny układ pozostawiony w izolacji (bez oddziaływania) z otoczeniem, pozostanie w wyższym stanie splątanym, dopóki inny zewnętrzny układ nie wejdzie z nim w oddziaływanie. I tak aż do wyczerpania zasobów wszystkich podukładów wszechświata mających potencjalnie zdolność do oddziaływania przynajmniej jednopunktowego ze sobą w taki sposób, aby utworzyć łańcuch połączeń wyczerpujący zbiór takich podukładów. W efekcie końcowym będziemy mieli do czynienia z brakiem kolejnego układu zdolnego do pomiaru i cały super układ będzie w stanie najwyższego splątania.

Taki układ w takim stanie nazywamy multiwersum. Z uwagi na wielokrotność połączeń (współzależności) jednostkowych procesów pomiarowych multiwersum rozpada się na gęstą sieć światów, pośród których funkcjonuje świadomość. Stanowi ona w istocie rozwidlające się wielokrotnie pole świadomości, w których określone strumienie kwantowe przepływu informacji budują w sytuacjach lokalnych pomiarów ciąg chwilowych wyników pomiarów (lokalnych dekoherencji o określonym prawdopodobieństwie, tworzących w efekcie ścieżkę klasycznego procesu losowego) nieświadome równolegle splątanych z nimi na poziomie chociaż jeden już tylko stopień wyższej komplikacji rozpadu w takim węźle pomiarowym swojego stanu, który pozostaje splątany na tym wyższym poziomie.

Tzn., na tym wyższym poziomie efekt działania przyrządu pomiarowego, a następnie i naszych oczu/umysłu pozostaje złożoną operacją na spójnym układzie kwantowym.

W istocie, dopiero dzięki mechanice kwantowej widać, w jaki sposób należy to przeprowadzić, tzn. co można uznać za zdarzenia elementarne, jak również, jakiego mechanizmu użyć dla ich hierarchizacji (uporządkowania).

Zbiór takich zdarzeń rozpada się na linie, którymi możemy połączyć kolejne węzły pomiarowe, podukładów, które są w stanie dokonać wzajemnych pomiarów. A pomiar jest potencjalnie możliwy w każdym punkcie operacji poddawania układu ewolucji w czasie, przynajmniej  z punktu widzenia układu nadrzędnego. To, że pomiar taki częstokroć nie zachodzi (świadomie nie realizujemy go), rzutuje na ostateczny obraz naszego klasycznego przebiegu stochastycznego.

Zatem, możemy wyjść od siatki zdarzeń obejmującej wszystkie elementarne operacje ewolucji, tak jakby dokonano bezpośrednio po nich pomiaru ich efektu. Jednak nasza klasyczna trajektoria w tak zbudowanym klasycznym multiwersum będzie obejmowała każdorazowo tylko nikłą część węzłów (rozgałęzień). Jest tak dlatego, że w ramach naszego umysłu rozgrywają się analogiczne procesy kwantowe, w których realizowane są określone wybory, jakich dokonujemy metodą refleksyjnego/zwrotnego wartościowania wyników procesów myślowych. Tylko wyselekcjonowane przez nas w ten sposób wyniki są aplikowane do otaczających układów, poprzez dokonywanie zaplanowanych w ten sposób pomiarów, które wpierw rozegrały się w „wirtualnej rzeczywistości” naszego umysłu.  Nie oznacza to, bynajmniej, że były one nierzeczywiste. Owszem, były. Rozegrały się jednak w przebiegach w izolowanym układzie naszego mózgu. Izolowanym na tyle, żeby zwyczajnie nie być w stanie podjąć wielu działań potencjalnie możliwych, a nie na tyle, żeby w trakcie ich przebiegu nie uwzględnić makroskopowych przemian będących wynikiem autonomicznie rozwijających się procesów fizycznych w otaczającym świecie jak i analogicznych działań podejmowanych przez inne podmioty świadome (w tym zwierzęta zdolne do powstrzymania się od przynajmniej części zachowań typu impuls-reakcja; tzn. tych, które są w stanie wymodelować/antycypować możliwy przebieg zdarzeń, dokonać ich analizy i opartego na nich wyboru konkretnego pomiaru z pominięciem innych uznanych za mniej optymalne lub pożądane). Opis ten oddaje zatem istotę poszukiwanych od dawna mechanizmów wolicjonalnych, które czynią z istot zdolnych do świadomych wyborów istoty istotnie wolne, Przynajmniej w granicach pełnego pola możliwości (pełnego zredukowanego multiwersum klasycznego), z którego w każdorazowym kwantowym przebiegu ewolucji takiego układu wybieramy zestaw rozgałęziających się podścieżek pełnego multiwersum klasycznego. Inne pozostają w stanie kwantowego zawieszenia (splątania) w możliwym (niezaburzonym lokalnymi pomiarami) multiwersum kwantowym.

W chwili obecnej wchodzę w ciąg interakcji pomiarowych ze swoim komputerem, na którym wystukuję te właśnie słowa, chociaż w przeszłości wstrzymywałem się od takich konkretnie interakcji, w efekcie dokonanych wewnętrznych wyborów. Podobne słowa pozostały tam tylko w stanie potencjalnym. A dokładniej nie zrealizowały się w postaci realnej struktury na klasycznym multiwersum wszelkich możliwości. Pozostały tam w niezaburzonym przez  zewnętrzny układ pomiarowy splątanym stanie kwantowym. Tzn., nie uległy rozplątaniu  do zdarzenia klasycznego mogącego zbudować inną realną ścieżkę klasycznego procesu w potencjalnym multiwersum wszystkich klasycznych możliwości (w skrócie: pola wszystkich możliwości). Zbiór wszystkich takich rozgałęziających się procesów klasycznych realnie możliwych do wskazania przy jednokrotnym przebiegu możemy nazwać multiwersum wszystkich klasycznie zrealizowanych możliwości (w skrócie: pola zrealizowanych możliwości).

Nie należy sądzić, że przebieg jest jednorazowy. Jednak jego charakter określa realną strzałę czasu. A to z kolei oznacza, że może być on traktowany jak fala rozchodząca się po multiwersum wszystkich klasycznych możliwości w postaci pola zrealizowanych możliwości. Możemy to postrzegać przez odległą analogię do fononu przebiegającego siatkę krystaliczną. Fonon jednak ulega wielu odbiciom i zwykle nie ma wpływu na strukturę sieci. W dogodnym modelu pole zrealizowanych możliwości możemy uznać za pole odnawialne. Tzn. po pełnym przebiegu następuje kolejny, który modyfikuje wszystkie możliwości do postaci innego pola zrealizowanych możliwości, wynikającego z innego zestawu wyborów dokonywanych przez byty świadome. Pole zrealizowanych możliwości staje się zatem tworem dynamicznym o w pełni realnym charakterze w pustej wydmuszce przestrzeni wszystkich możliwości.

W opisanym obrazie na splątane multiwersum kwantowe (w skrócie: multiwersum kwantowe) nakładana jest klasyczna wirtualna struktura wszystkich możliwości, w ramach której realizuje się rzeczywista struktura zrealizowanych możliwości. Ta ostatnia nie jest jednak jednym światem, a rozgałęziającą się i wielokrotnie przenikającą ich strukturą, w której gałęziach dokonujemy kolejnych równie realnych wyborów, jak w tych biegnących obok równolegle. Ważne jest to, że dokonujemy w nich z grubsza zbliżonych wyborów wartościujących (etycznych). Efektem jest pole zrealizowanych możliwości o charakterze zgodnym z tymi lub innymi polami wartości ewoluującymi wraz z nami na przestrzeni realizującego się pola zrealizowanych możliwości.

Oczywiście wybory dokonywane w jednym przekroju pola zrealizowanych możliwości rzutują na kształt całej pozostałej do wyboru podprzestrzeni wszystkich możliwości  i ostatecznie na finalny kształt pola zrealizowanych możliwości w jednym przebiegu.

Każdorazowy pomiar budujący zrealizowane możliwości zmienia też kształt multiwersum kwantowego, bo jest on zależny od wartościującego wyboru o na ogół wielu możliwych alternatywach równowartościowych. Konkretny ich wybór jest właśnie węzłem naszego wolnego wyboru. Struktura multiwersum kwantowego również, zatem, ewoluuje z każdym przebiegiem. A to oznacza, że każdy przebieg rodzi nową potencjalnie możliwą strukturę wszystkich możliwości, w ramach której następuje nowe otwarcie. Oczywiście konieczna jest nadal weryfikacja spójności logicznej wszystkich trzech poziomów multiwersalnych, oraz ich rozdzielania i ewolucji w zamkniętej trójmultiwersalnej trójni logicznego wynikania: wszystkie możliwości, zrealizowane możliwości i multiwersum kwantowe, zapewniającego jej ewolucję przy każdorazowym cyklu odnowienia na nowej bazie multiwersum kwantowego. Wierzący chrześcijanie mają tu pełne prawo doszukiwać się analogii z Trójcą Świętą, w której pole wszystkich możliwości gra rolę Boga Ojca, zrealizowane możliwości jego Syna a multiwersum kwantowe – Ducha Świętego. W ten sposób uzyskujemy harmonię powyższego obrazu fizykalno-matematycznego z najważniejszymi ideami jednego z głównych nurtów religijnych obecnych w naszej globalnej kulturze.

 Wyznawcy wielu pozostałych religii również mogą w nim odszukać paralele zgodne ze swoimi systematami. Np. hinduizm znajdzie tu realny cykl wiecznej reinkarnacji bytów w dążeniu do ich samodoskonalenia się w jasnych wielokrotnych cyklach światłości, naprzemiennie z cyklami pogrążania się w czarnych okresach pogłębiających się cykli upadku. Brahma, Wisznu i Siwa również znajdą tu w ten sposób swoje odpowiedniki, chociaż w nieco odmiennym miejscu opisywanej wyżej koncepcji.

Brahma the Creator, Vishnu the Preserver, and Shiva the Destroyer.

Ponieważ jest to byt fizykalny ewoluujący niczym ameba poruszająca się i zmieniająca wraz z mikroskopijną kroplą wody zawieszoną gdzieś w powietrzu, możemy tę analogię rozciągnąć na aerozol wszystkich możliwych takich kropli, tworzących zamknięte, ewoluujące przy kolejnych przebiegach, zwarte multiwersa kwantowe zawieszone w obejmującej je przestrzeni uniwersum. I ten obraz jest jeszcze bliższy wyobrażeniom hinduizmu, których możemy tej doktrynie światopoglądowej jedynie pozazdrościć dzięki łatwości asymilacji nakreślonego wyżej obrazu fizykalno-matematycznego, która nam, zrodzony w kulturze Zachodu, przychodzi z najwyższym trudem.

Z całą mocą należy tu podkreślić, że jest to jeden z wielu możliwych modeli, co do których rozstrzygającej zasadności rozstrzygnięcia nie możemy dziś nawet się zbliżyć. Przykładowo sam model włączania powtórnego przebiegu dopiero po dotarciu do kresu może być nie do obronienia. Równie dobrze przebieg może mieć charakter postępowo-oscylacyjny  lub przypominać jakikolwiek znany model ruchu niezliczonych rodzajów znanych nam żywych mikroorganizmów zdolnych do tego rodzaju aktywności. Być może, zatem, zbiór multiwersów w uniwersum przypomina kolonię ameb, być może nawet przemieszczających się w nim jakimś ruchem oscylacyjnym.

Możemy też tylko spekulować, co się może rozgrywać w przestrzeni uniwersum, tzn. czy obiekty trójmultiwersum mogą wchodzić w niej ze sobą w jakiś rodzaj superinterakcji, tak jak przebiegi są formą pewnego „nadruchu”, bo przecież nie rozgrywają się w czasoprzestrzeni, tylko w ramach ewoluującego od przebiegu do przebiegu trójmultiwersum. Nakreślony obraz nie musi okazać się spójny logicznie przy dalszych dociekaniach. Dlatego należy podjąć próby modelowania trójmultiwersum w oparciu o istniejące i funkcjonalne analogiczne formy organizacji materii w znanej nam przestrzeni trójwymiarowej.

Ponownie nie uzyskujemy żadnych logicznych gwarancji skuteczności uzyskanych tą drogą modeli. Jednakże możemy je w ten sposób uprawdopodobnić w niewyobrażalnym dziś dla nas stopniu, po prostu przez pełną analizę struktury takich funkcjonalnych rzeczywistych obiektów i próbę ich przeniesienia na modelowe nadstruktury trójmultiwersalne.

Dlatego w przyszłości warto zająć się przynajmniej wstępną analizą morfologiczną tego typu możliwych obiektów trójmultiwersalnych, które mogą dostarczyć lepszych modeli zwartych ewoluujących multiwersów niż opisany wyżej model wyjściowy. Być może zarazem bardziej przydatnych do opisu morfologii wynikowego pola zrealizowanych możliwości w sposób zapewniający logiczne przepływy między poszczególnymi elementami trójmultiwersum i gwarantującymi zarazem zakładane mechanizmy, mogące rzutować na zasadność fizyczną i obiektywny charakter procesów wolicjonalnych.

Na zakończenie warto przypomnieć, że chociaż każda elementarna operacja ewolucji  dokonana na układzie kwantowomechanicznym nosi charakter deterministyczny, to z uwagi na to, że dokonywana jest na stanie splątanym, prowadzi ona do innego nieokreślonego stanu splątanego. Dlatego określony wynik pomiaru na takim układzie uzyskamy tylko z pewnym prawdopodobieństwem, a nie – jak to ma miejsce w obliczeniach klasycznych – w sposób jednoznacznie zdeterminowany programem i wprowadzonymi danymi początkowymi.

Tzn., w odróżnieniu od komputera klasycznego, w którym zawsze dostaniemy z całą pewnością dokładnie ten sam wynik, ile razy byśmy go nie uruchomili, wynik obliczeń komputera kwantowego może być za każdym razem inny (w obrębie pewnej możliwej do uzyskania klasy rozwiązań). Gdyby, zatem, nasz świat miał budowę komputera klasycznego, pole wszystkich możliwości byłoby w nim tożsame z polem zrealizowanych możliwości. Bez miejsca dla multiwersum kwantowego. W świecie myślicieli klasycznych brak tego ostatniego można porównać jedynie z brakiem Ducha Świętego w Trójcy chrześcijaństwa, czy jego zaprzeczenia (Sziwy) w analogu takiej trójcy hinduizmu, i konieczności logicznego pogodzenia się z brakiem fizycznej możliwości opisu procesów rzeczywiście wolicjonalnych, a zatem z brakiem rzeczywistego charakteru wolnej woli.

Dziś możemy ten impas (i ból egzystencjalny naszych niedawnych protoplastów) nareszcie przełamać, co oznacza, zapewne, że jesteśmy na dobrej (nie tylko z Kantowsko etycznego punktu widzenia) drodze poznania.

[1] A. Horodeński, Śledztwo w sprawie Pana Boga, WAB, Warszawa 2013.

[2] M. Horodycki, Niezwykłe cechy informacji kwantowej, Materiały XXXVI Zjazdu Fizyków Polskich, Toruń 2001.

Opublikowano film i literatura, kościół, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Wziąść czy wziąźć?

Przyznam się, że przynajmniej ja, który całe życie zastanawiałem się jedynie nad tym, czy przypadkiem forma wziąźć nie góruje nad jakże elegancką wziąść, poczułem się niezmiernie dotknięty, gdy okazało się, że jakże nierównie nieelegancko (arbitralnie i nakazowo) wyrzucono tę (lub – jak niektórzy wolą – tą) moją ulubioną, o jakże zacnych  staropolskich korzeniach i powszechnie dotąd stosowaną formę literacką z języka polskiego, a moi rozliczni znajomi zaczynają mi ją wytykać jako „z gruntu niepoprawną”, wskazując na dowód, że… nie występuje ona w sjp.pl.

A (co dla przywykłych mówić i pisać wziąć oczywiste) co nie występuje w SJP, to nie istnieje w sferze kultury godnej tego miana. Zdają się na ten drobny moment zapominać, że język jest żywą strukturą kulturową i wyrządza mu się niepowetowaną szkodę sztucznymi – jak ta wyżej – regulacjami lub… pominięciami. Tymczasem wiele form koegzystuje w nim zupełnie swobodnie i nikt owej spokojnej koegzystencji zwykle nie podważa. Chyba, że jakiś uznany lingwista używa z ekranu telewizyjnego jednej z nich.

Nawet wówczas, jednak, za karygodne nadużycie należałoby przyjąć przypisywaną Panu Profesorowi „figurę retoryczną”, w myśl której wyjaśniał on ponoć, dlaczego winniśmy używać „wziąć”, a nie „wziąść”, odwołując się (co nadal wydaje mi się bardzo mało wiarygodne, a jeśli prawdziwe to raczej nie przysparzające powodów do chwały) do porównania, w myśl którego, rzekomo jedno słowo wywodzi się od ‚brać’, a drugie od ‚kraść’… zaiste, przedziwna to by była motywacja lingwistyczna.

Dlatego również uważam, że trwa „Celowe zaprzestawanie rozwoju Języka Polskiego, spowodowane kontrolą RJP. Według założeń, rada ta powinna ułatwiać, a nie utrudniać…- Oczywiście nie wchodząc w szczegóły.”

Wróćmy jednak do „sfery kultury godnej tego miana”.

Gdy w Dziadach cz. 3. największy nasz Wieszcz Narodowy pisze

SENATOR
Napisz grzecznie, niechaj czeka.
(Zamyśla się)
A propos – ten Kanissyn – trzeba mu wziąść syna
Pod śledztwo. – Oj, to ptaszek!

to, czy uwłacza w ten sposób naszej kulturze językowej? a może brzmi tu cokolwiek  archaicznie? dla mnie – bynajmniej…
Podobnie, gdy nasz największy prozaik (nota bene od czasów gąbrowszczyzny odsądzany od czci i wiary), pierwszy nasz laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1905), pisze (kanoniczną po dzień dzisiejszy Polszczyzną) ku pokrzepieniu serc, w czasach, gdy Polski zwyczajnie nie było na mapie świata:

„pojechać, oświadczyć się z miejsca i albo po przyspieszonych zapowiedziach ślub wziąść, albo …”
„Że przepadnie, czuł to pan Wołodyjowski doskonale; bo pominąwszy pannę, którą przez ten czas inny wziąść może…”

to, czy uwłacza w ten sposób w jakiś sposób kulturze języka polskiego?

Dr M. Samuel Linde (Słownik Języka Polskiego – Warszawa 1812r.) uwzględnia zarówno wziąść i wziąźć (co odpowiada po części na moje wcześniejsze rozterki sprzed jakże skundlonej na mój gust epoki wziącia).

Podobnie Słownik języka polskiego, red. Jan Karłowicz, Adam Kryński, Władysław Niedźwiedzki, t. VII, s. 1156:

wziąść

Czy przyczyna może tkwić w tym niepozornym krzyżyku? Łatwo uznać, że oznacza on wykluczenie, jeśli nie zechce się sprawdzić w indeksie skrótów, że oznacza po prostu „mało używany”:

malouzywany

W słowniku ang.-pol. (c) Random House Inc. z 1988 roku, na stronie 371 koegzystują ze sobą spokojnie obie formy, czyli wziąć i wziąść = take (a bynajmniej nie steal).

Poprawna wymowa to [vźońć], nie [vźoJść] (znakiem [J], z braku lepszego, oznaczyłem tu nosowe [j]). W zacytowanej wypowiedzi zwraca uwagę też fragment: „(…) aby nie była to forma hiperpoprawna, a błędna”.
- Mirosław Bańko, PWN

Na tej podstawie przewiduję, że „hiperpoprawne” wziąć ewoluuje wkrótce także w pisowni we wziońć :)

w owym słowniku [SJP] uwzględnia się wyrazy takie jak: oń, doń, zeń, nań (które już dawno temu przestało się używać), a takiego słowa jak „wziąść” nie ma, kiedy większość Polaków tak mówi. (Wyjątkiem jest dialekt częstochowski, w którym pisze się: wziąść, a czyta: wziąś.) 

Co innego archaizmy, o których można się dowiedzieć, że nimi są, a co innego wiadome słowo. W przypadku „wziąść” mamy jednoznaczne stwierdzenie, że jest to forma od początku błędna (etymologia). Wydaje się jakby poloniści kompletnie nie zauważali tego, że była kiedyś uznawana, a czytając ich wyjaśnienia, można odnieść wrażenie, iż jest ona jakimś współczesnym wytworem „wsioków”.
[tamże]

„archaizm” jest to wyraz używany dawniej, który w dzisiejszej mowie całkowicie zanikł, bądź używany jest przy stylizacjach mowy. Podług tej definicji nie sądzę, aby etymologia była wyznacznikiem: co będzie archaizmem, a co nie.
Z moich badań językoznawczych nad J. Polskim wynika, że co kilkunaste słowo na przełomie wieków zmieniło się diametralnie w wymowie oraz piśmie, a co kilkudziesiąte odbiegło całkowicie od swojej rodzimej etymologii, często w wyniku używanych przez większość błędów.
[tamże]

Proszę zwrocić uwagę na fakt, że forma wziąść nie wyczerpuje powyższych znamion archaizmu, z uwagi na fakt, że nadal jest powszechnie używana (mimo szalejącej „cenzury” lub raczej szalonej niczym choroba Creutzfelda-Jacoba „cezury”, jaką wystawia mu SJP), a jedynym wyznacznikiem jej „niepoprawności” jest sztucznie wprowadzony nakaz językowy.

Chciałoby się zapytać za kolejnym wieszczem:

„Skądże przyszło wam do głowy
Napaść cichy Muz przybytek
I doktryny sztandar nowy
Na tak śmieszny wziąść użytek?
[Adam Asnyk]

Gdyby odpowiedź nie była natychmiastowo oczywista:

„Gdy zasługa wziąść się wstydzi,
Weźmie czelność – i wyszydzi”
[Kazimierz Brodziński]

Opublikowano film i literatura, innowacje, społeczeństwo | Otagowano , , | Skomentuj

Jak maksymalizować ilość zwycięstw?

W 1612 podjęliśmy trwajacą od wieków grę geopolityczną, bo nam się wydawało, że jesteśmy już mającym o niej pojęcie graczem.

W niecałe 2 wieki później, po fali importowanych królów, już w 1795 nas… nie było.

Nie zginęliśmy jednak ze szczętem (dając się dziesiątkowąć najpierw w interesie Francji,

a potem w kolejnych zrywach typu Miasto 44).

Dlatego, gdy arena opustoszała po tym, jak prawdziwi gracze wzięli się między sobą za łby, odrodziliśmy się na tyle, aby pogonić kacapów uzbrojonych podówczas w karabiny na sznurkach i taczanki, po czym zaczęliśmy budować nową Rzeczypospolitą Trojga Narodów, jednak na naszych wyłącznych warunkach, gdyż znowu mieliśmy wrażenie, że jesteśmy liczącym się graczem i wiemy coś o tej grze.

Gdy już się odtuczylismy jako tako, okazało się, że jesteśmy tylko… tłustym broilerem, o którego rzucono… nasze własne kości. Nie zbudowaliśmy żadnej liczącej się siły zdolnej zrównoważyć (odstraszyć) potencjalnych agresorów, a to powinno stać się naszym priorytetem po wcześniejszych doświadczeniach.

W efekcie 200 tysięcy  ludzi zginęło w samej Warszawie w 2 tylko miesiące.  A 6 mln Polaków ogółem. W efekcie przez kolejne pół wieku staliśmy się pionkiem na szachownicy kolejnego zwycięskiego gracza.

Efekt generalny: Przez 170 lat z ostatnich 200 poprzedniego tysięclecia nie mieliśmy niezależnej państwowości, zdani na łaskę i niełaskę suwerenów, którzy robili z nami, co im się tylko żywnie podobało.

W 2003 roku zaczęło nam się ponownie wydawać, że znowu jesteśmy graczem i kierowani kunktatorstwem, a nie żelaznymi wymogami politycznymi, wzięliśmy udział w cudzej wojnie imperialnej. W efekcie nie mamy żadnych gwarancji, że NATO kląśnie choćby jednym półdupkiem, gdy spadnie na nas nie deszcz iskanderów, a kilka tylko: jeden wymierzony w Warszawę, drugi w aglomerację śląską a trzy pozostałe w kluczowe bazy naszego lotnictwa. Polska stanie otworem przed barbarią kolejny raz rzucona na łup i żer oprawców. Dlaczego? Bo nie potrafiliśmy się uzbroić w rakiety nuklearne i nawet do głupich łbów nam nie przychodzi, żeby uczynić to obecnie. Nasi bezrobotni fizycy masowo oddali swe zasoby CERNowi i LHC, zamiast spokojnie (z palcem) zbudować to, co niemal od wojny mają Angole lub Francuzi (w 7 i 15 lat po wojnie).
Za to za pieniądze, za które mogliśmy wybić się na niezależność polityczną, tuczyliśmy obce koncerny zbrojeniowe,  a to kupując pół wiekowej dawności samoloty myśliwskie, a to próbując się uzbroić w tak „agresywny” arsenał, jakim są Karakale.

To jako żywo przypomina nasze zabiegi sprzed wojny o uzbrojenie nas w karabiny i dostateczną ilość amunicji do nich. Podczas gdy bombardujące Łosie

i mające je wspierać lotnictwo, o broni pancernej i ppanc nie wspominając, pozostało w powijakach.
Ogółem w trakcie kampanii wrześniowej dywizjony bojowe wykonały 135 samolotozadań (sic!…). Zrzucono 119 ton bomb (sic!!…). Dywizjony straciły 26 Łosi, co stanowiło 58% ogólnej liczby użytych samolotów.”
A co z tą drugą połową? Otóż poleciały bronić… Rumunii (sic!!!) Może trzeba się było wywiązać z umowy?
W czerwcu 1939 r. zawarto umowy na dostarczenie samolotów wersji C: 20 sztuk dla Jugosławii, 15 sztuk dla Bułgarii w terminie do połowy 1940 r. W połowie lipca 1939 r. zawarto umowy na dostawę samolotów serii D: 30 do Rumunii, 25 dla Turcji.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/PZL.37_Łoś

Tymczasem, gdyby zamiast kontraktować te 90 sztuk wykonano je w porę dla własnych potrzeb, to niewykluczone, że przy dobrej organizacji działań bojowych, to Berlin, a nie Warszawa mógł zostać pierwszy obrócony w perzynę:
126 łosi po 2,5 t bomb to 315 t bomb do zrzucenia w jednym zmasowanym nalocie, a w 10-ciu to 3000 ton. Nawet licząc 10% strat przy każdym nalocie, daje to 1200 samoloto-lotów, które dostarczyłyby nad Berlin 3000 ton bomb. Można je było odbyć (przy prędkości łosiów 400 km/h) nawet licząc 2 naloty dziennie w mniej niż 17 dni. Przy tak niskim udźwigu należało postawić na użycie bomb zapalających. Ruskie by się pięć razy zastanowili, a tego, co dalej nastąpiło,  by najpewniej nie miało prawa być, bo Hitler miałby zupełnie inne zmartwienia:
17 września, po agresji ZSRR na Polskę, przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał osobisty rozkaz ostrzału artyleryjskiego Zamku Królewskiego
https://pl.wikipedia.org/wiki/Obrona_Warszawy_(1939)

ostatecznie ustalona liczba ofiar w Dreźnie nie przekroczyła 25 tys (…) Pod gruzami Warszawy legło, zmiażdżonych i zasypanych w 1939 roku przez niemiecką artylerię i bomby lotnicze, czterdzieści tysięcy. Powiedzmy to bardzo wolno: czter-dzie-ści ty-się-cy. A potem niech nam zamarznie na ustach słowo: Drezno
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bombardowanie_Drezna

224 myśliwce osłaniające te formacje związać by mogły znaczną część sił Luftwaffe. Doliczając 172 liniowe Karasie i Czajki, mielibyśmy blisko 400 samolotów osłony.
http://www.1939.pl/uzbrojenie/polskie/samoloty/

Mieliśmy na jeden nalot do masowego zaoferowania Berlinowi:
90 ton – 36 łosi po 2,5 tony
10 ton – doliczajac 15 Żubrów po 0,66 ton
68 ton – 100-kę Fairey Battle I po 0,678 ton.
2 tony – inne (np. 2 Sumy po 0,6 ton, 1 Jastrzębia 0,1 ton)
======
170 ton w jednym skomasowanym nalocie

To, co prawda,  połowa mniej niż przy możliwych do zbudowania 126 Łosiach, ale o 50 ton więcej niż zużyliśmy w całej kampanii wrześniowej!!!
Do 17 września mogliśmy Berlin „poczęstować” 1500 ton bomb kosztem całego lotnictwa,  praktycznie wiążąc przy tym całe lotnictwo niemieckie w obronie Berlina w kluczowych pierwszych 2 tygodniach wojny i w efekcie (ze względu na wyczerpanie zasobów paliwowych wroga) uziemiając je na dobre.

Dziś sytuacja się powtarza, tyle że nie mamy ani jednej takiej sztuki broni operacyjnej do zaoferowania Moskwie w przeciwwadze dla Warszawy:

A przez 25 lat mogliśmy ją mieć nawet już ze 4 razy i to własnym sumptem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Państwa_posiadające_broń_jądrową

Nasze rakiety meteorologiczne Meteor 2K osiągały granice kosmosu już w 1970 roku.

Nic dziwnego, że suweren jeszcze w tym samym roku zabronił nam rozwijania tej technologii.  Przez ostatnie 25 lat dziś mogliśmy już konkurować przynajmniej z Indiami, Iranem, Koreą Pn., czy Pakistanem.

Teraz, zupełnie bezbronni, znacznie bardziej niż wówczas, po kolejnym dwudziestoleciu międzywojennym, zanim ponownie znikniemy z areny dziejów (tym razem niewykluczone, że na dobre), możemy już sobie odpowiedzieć na tytułowe pytanie „Jak maksymalizować ilość zwycięstw?” :

Wystarczy grać z nieumiejącymi grać.”

Opublikowano aktualności, badania kosmiczne, ekonomia, film i literatura, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Jak wygląda pojedyncza cząstka światła?

Pojedyncze cząstki światła nazywamy fotonami. Moglibyśmy powiedzieć, że ich strumienie przepływają falami jak strumienie cząstek wody w górskim potoku lub raczej wodospadzie, gdyby nieodgadniona ich własność: Każdy z nich zachowuje się nie tylko jak kula armatnia, ale także jak fala – podobna do tej, jaką wywołuje wrzucony do wody kamień.
Dlatego do niedawna tak wizualizowano foton:

?

Górna część w tym bardzo popularnym między fizykami przedstawieniu odpowiadała części falowej, a dolna korpuskularnej, czyli cząsteczce, za jaką uważany jest pojedynczy foton. Obie razem wyrażały kompletny brak wiedzy co do jego kształtu, nie mówiąc o samej jego naturze. I to wbrew temu, że wiedza o polu elektromagnetycznym stanowi najdokładniej chyba opisaną w tej dyscyplinie naukowej część rzeczywistości.
A foton odgrywa w niej pierwsze skrzypce.

Dziś po raz pierwszy możemy zobaczyć obraz pojedynczego fotonu utrwalony na tym hologramie:

hologram fotonu
Z lewej strony mamy rzeczywisty zapis doświadczalny. Z prawej oczekiwany (na gruncie wspomnianej wiedzy o kwantowym polu elektromagnetycznym) jego obraz teoretyczny.

A wszystko to zawdzięczamy naszym rodakom!

Coś co wydawało się niemożliwe do zobaczenia, nie tylko zobaczyli ale i zarejestrowali czterej polscy naukowcy z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Odbyło się to, co prawda, w odwrotnej kolejności. Tzn. musieli wpierw zarejestrować, aby zobaczyć. No ale w tym akurat nie należy doszukiwać się niczego dziwnego. Oko ludzkie nie jest w stanie zauważyć zwykłego pojedynczego fotonu. Tzn. pojedynczej cząstki światła.
Dr Radosław Chrapkiewicz i mgr Michał Jachura pod kierownictwem dr. hab. Wojciecha Wasilewskiego i prof. dr. hab. Konrada Banaszka wykonali nie tyle zdjęcie, co pierwszy w świecie hologram pojedynczego fotonu. Ich wyczyn wywołał prawdziwy podziw i uznanie w gronie fachowców na całym świecie po tym, jak ich praca została opublikowana w jednym z najbardziej prestiżowych czasopism fizycznych – „Nature Photonics”.

1) www.sciencedaily.com

2) R. Chrapkiewicz, M. Jachura, K. Banaszek, W. Wasilewski. Hologram of a Single Photon. Nature Photonics, 2016 DOI: 10.1038/nphoton.2016.129

Opublikowano aktualności, innowacje | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Piękny i mądry list o wybaczenie Rzezi Wołyńskiej

W dzisiejszym „Naszym Dzienniku” ukazał się felieton Ewy Siemaszko. Z zainteresowaniem ruszyłem do kiosku, by zapytać o tę gazetę (chociaż na ogół żadnych już nie kupuję), bo zapowiedziano w niej odniesienie się do tytułowego listu. (Pewnym zaskoczeniem była już sama obecność tej gazety w kiosku, do którego wcześniej nie docierała.)
Ku mojemu dalszemu zaskoczeniu felieton nie pozostawia na wspomnianym liście suchej nitki. Mimo, że nie podzielam większości argumentów autorki, pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów z uwagi na to, że – jak zdążyłem już zauważyć – odzwierciedlają one reakcję części ważnej, bo silnie opiniotwórczej grupy naszego społeczeństwa.

„Wydobywanie się z poprawności politycznej w Polsce w odniesieniu do ludobójstwa ukraińskiego, które godzi w kult OUN-UPA na Ukrainie, zarządzany państwowo uchwalonymi w ubiegłym roku tzw. historycznymi ustawami, wywołało kontrdziałania państwa ukraińskiego.”

„Gabinetowe rozmowy ma wesprzeć ogłoszone kilka dni temu przez grupkę ukraińskich polityków, duchownych i intelektualistów oświadczenie skierowane do społeczeństwa polskiego z apelem o ustanowienie wspólnie obchodzonego Dnia Pamięci Ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego (sic!) [Podkreślenie Pani Ewy Siemaszko]. Niezależnie od treści oświadczenie dyskwalifikują postawy ich sygnatariuszy.”

„Treść oświadczenia wyraża strach przed prawdą o OUN i UPA i usiłowanie jej ukrycia”

„Wyłania się (…) prawdziwa intencja oświadczenia: w rewanżu za prośbę Ukraińców o wybaczenie Polacy powinni uznać zbrodnie ludobójstwa OUN-UPA za walkę o państwo ukraińskie i nie przeszkadzać Ukrainie w państwowej heroizacji zbrodniarzy.”

Nie zdruzgotany nie tyle „druzgocącym”, co zaskakująco jednostronnym felietonem w naszym nacjonalistycznym „Naszym Dzienniku”, którego autorka najwyraźniej musiała czytać jakiś inny list niż ten, który ja sam czytałem ;) stwierdziłem, że mogłem przecież przegapić coś w naszej prasie (której generalnie, jak już wspomniałem, nie czytam w wersji drukowanej) i postanowiłem odwiedzić nasz odpowiednik gazety.ua, jakim jest wyborcza.pl

I jest! Jest jakże gorzki artykuł Pawła Smoleńskiego, pod jakże adekwatnym tytułem: List piękny i mądry. Oto jego obszerne fragmenty:

Niewielu Polaków zauważyło ten ważny list. A jeśli, to prawicowe portale, podpięte pod obóz rządzący, który przygotowuje sejmową uchwałę o męczeństwie Polaków na Kresach i ma zagwozdkę tylko z datą (…)
Tak więc, zdaniem owych portali ukraiński list zamazuje historię, używa chwytliwej, kombinatorskiej formułki „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, na którą złapią się naiwni, i nie jest fundamentem pojednania. Trzy argumenty, z których dwa chcą Ukraińców obrazić, bo przyklęknęli, ale nie tak nisko, jak ponoć trzeba. Ostatni jest jak najbardziej prawdziwy.

Otóż ten piękny i mądry list nie jest fundamentem pojednania, gdyż – choć niesłychanie ważny, bo nigdy dość głosów, które chcą wyplenić nienawiść – to powrót w nurt tej samej rzeki.

Niemal w przeddzień 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej przywódcy katolickich Kościołów obu państw we wspólnym (!) apelu odczytanym podczas wspólnej (!), polsko-ukraińskiej mszy żałobnej zaapelowali o pojednanie.
Przypomniano słowa kardynała Lubomyra Huzara z 2001 r.: „Jako zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego pragnę przeprosić Braci Polaków za zbrodnie popełnione w 1943 r.

(…)
Arcybiskup Józef Michalik powiedział: „Jako przewodniczący Episkopatu Polski kieruję do Braci Ukraińców prośbę o wybaczenie”.

A swoją drogą – próbuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby na list Episkopatu Polski do biskupów niemieckich z 1965 r., z formułką – jak piszą na prawicy – chwytliwą i zamazującą historię „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, nikt w Niemczech nie zareagował. Może powstałby kolejny polski list, i jeszcze jeden? A po drugiej stronie cisza.

Czasem mam wrażenie, że ukraińska cierpliwość nie ma granic. A głuchota polskiej prawicy (choć nie tylko) będzie dla nas zabójcza.

Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, okazuje się, że dotychczas pozostawałem w błędzie. Pierwsze słowa prośby o wybaczenie nie padły w omawianym liście. (Wszędzie dotąd spotykałem się jedynie z deklaracjami wskazujacymi na konieczność takich obopólnych przeprosin.) Tymczasem słowa te padły już z obu stron kilka lat wcześniej. :) A ja je zwyczajnie przegapiłem w natłoku informacji :(

Za to w obliczu trwającego „kontredansu”  polityków obu stron  wokół rzezi Wołyńskiej, o którym wspomina dzisiejszy „Nasz Dziennik”, to, na co natknąłem się przeglądając wpisy na polskich forach (czego od lat, zniechęcony, już nie robiłem), to prawdziwa perła.
Bardziej do mnie przemawia niż wszystkie dotychczasowe umizgi kolejnych polityków do swoich wyborców.
Pełny skrót (?) tego tekstu znalazłem tu.

Cytuję fragmenty w przekładzie na język polski Natalii German i Tetiany Serwetnyk, bo tylko takim przekładem dysponuję.

Autorem jest Antin Borkowski – ukraiński politolog i publicysta. Tekst ukazał się już dość dawno (2013 (?)) w ukraińskim niszowym kwartalniku kulturoznawczym „Ji” i dlatego zapewne na Ukrainie nie jest w ogóle niemal nikomu znany.
Oddajmy jednak głos Antinowi:

To my, Ukraińcy, musimy przeprosić za Wołyń. Bo to nasi przodkowie przelali tę krew (…)
Ukraina ciągle ma dylemat: przeprosić czy nie? Wyznać winę czy nie? Nadal nie ma u nas poczucia, że na Wołyniu doszło do przestępstwa przeciwko cywilnej ludności.

Kto zabił? A przecież jakoś zginęli
Przyzwyczailiśmy się do abstrakcyjnej krwi. Po Wielkim Głodzie, II wojnie światowej, represjach stalinowskich ofiary sąsiadów nie wyglądają przerażająco. Nie uczciliśmy zresztą jeszcze pamięci własnych ofiar. Dlatego Wołyń pozostaje bezosobowym obrazem w ukraińskich podręcznikach historii.

Kilkadziesiąt tysięcy polskich ofiar? Przecież Ukraińców ginęły miliony. Polakom od tego nie jest jednak łatwiej.

Historycy ukraińscy przypominają o polityce kolonizacji II RP, polscy – o OUN i UPA. Chciałbym wierzyć, że tych trupów nie było, że to brednie „polskich szowinistów”. Że liczby są zawyżone. Że wołyński mrok zrodzili Stalin i Hitler. Że jakoś tak to się stało. Samo.

Teraz wszyscy oni – wołyńscy zabójcy – są martwi. Żaden z nich nie będzie pokutował.

(…)

Dlaczego powinniśmy przepraszać? Nie dlatego, że oczekuje tego polski Sejm czy Parlament Europejski. Nie ze względu na partnerstwo strategiczne z Polską. Powinniśmy przeprosić, bo nasi przodkowie przelali ludzką krew. Zrzec się odpowiedzialności za tę krew to zrzec się pamięci o nich. I nie Polacy mają pochować kości wołyńskie, ale Ukraińcy. Wołyń to ziemia ukraińska. Czy Polacy pójdą naszym śladem? Oni mają swoje kości ukraińskie w zakamarkach historii. Niech decydują.

Pamięć lubi to, co słodkie, to, co złe – do lamusa. Ojciec zabił sąsiada – my jednak pamiętamy tylko, jak grał na skrzypcach. Bo dobrze grał. Jeśli jednak to był nasz ojciec, musimy znaleźć w sobie siły, by powiedzieć „przepraszam”, nawet nie mając nadziei, że usłyszymy w odpowiedzi „wybaczam”.

Za grzech niech każdy odpowiada sam. Z zabitymi Ukraińcami niech radzą sobie Polacy. Cudze sumienie trudno obudzić. Najważniejsze, byśmy poradzili sobie z sumieniem własnym. Co prawda na razie mimo ogłoszonego wzajemnego przebaczenia sukcesów brak.

Mimo rytualnych, zgodnych z protokołem kazań, mimo rocznicowego machania kadzidłami do dziś porozumienie w sprawie zbrodni wołyńskiej było „kastrowane”, gdyż nie było pokuty. Wewnętrznej, nie pozornej. Formalne próby porozumienia przypominały biurokratyczną błazenadę – „tutaj ostry wyraz wycinamy, a tutaj dodajemy mądre słowo”. Ale nie palił wstyd, który umożliwia pokutę za grzech, który nadal ropieje pod łachmanami pamięci narodowej. Wynajdywano powody, aby zrównać przebaczenie z imperatywnym: „niech oni pierwsi pokutują”.(…)

Pokutować powinna ta część narodu, która wciąż tworzy w sercu linię podziału na swoich i obcych. Gdzie swój jest zawsze bliższy. Ta część, która wyraźnie wyznacza „swojego bliźniego” i „tego ich, dalszego”. Gdzie obcy to zwykle wróg. Gdzie swój zawsze jest ofiarą. Gdzie Chrystus to tylko abstrakcyjny autor utopii i atrybut liturgii, zabity Polak nie równa się zabitemu Ukraińcowi i na odwrót.

Jeśli chcemy, aby słowa skruchy zostały usłyszane, będziemy musieli obudzić swoją odpowiedzialność za grzech zbiorowy. Chodzi o to, by sformułować te słowa tak, abyśmy mogli usłyszeć je my sami. Bo to nie dla Polaków jest ważne nasze „przepraszam”, ale właśnie dla nas samych. Cokolwiek by mówili nasi narodowcy paranoicy, nikt nie „zabierze Kresów” z powodu tych, którym na Ukrainie będzie wstyd za krew przelaną w latach 40. na Wołyniu.
Narodowe „ja” ma wiele powodów do dumy, ale powinno być wrażliwe na niesprawiedliwość. Tak więc czy to Ukraińcy spowodowali krzywdę na Wołyniu – każdy decyduje za siebie. I podobny test stoi przed każdym narodem.

Chrześcijaństwo nie wymaga znalezienia winowajcy – za to chrześcijanin ma siłę, aby przyznać się do winy, wymacać ją pod pozłacanymi warstwami pamięci narodowej. Za co mają pokutować Polacy, niech przypominają oni sami – na drogę pokuty „za swoje” musimy wejść sami, bez względu na ich reakcje.

Nieprzebaczony grzech niszczy i tylko sumienie pozwala skupić rozmytą pamięć narodową.

Skrucha leczy sto razy bardziej niż triumfalne marsze. Bębny marszowe są głośne, ale jest to tylko bicie halucynogennego haszyszu w skroniach. Powojennym Niemcom się udało. Udało się Francji. Udało się Polakom w sprawie Jedwabnego. My na razie nie dojrzeliśmy.

Polityka pamięci historycznej staje się możliwa, kiedy u ludzi budzi się sumienie. W przeciwnym razie jest to tylko propaganda, zwodnicza koronka argumentów. Dlatego pamięć poszkodowanych zawsze jest silniejsza niż fanfary propagandy i cenzury.
Oczywiście strach się przyznać i żyć z plamą na honorze narodowym. Ale jeszcze gorzej żyć z grzechem nieodkupionym, bo to znak, że nie idziemy bożą drogą.

Przyznam się, że czytając ten tekst miałem łzy w oczach.
Bo oddaje on ten najgłębszy sens, o który tak naprawdę wszystkim nam (i wam) w sercach naszych chodzi.
Szczęśliwie jedne z pierwszych kroków, o którym w nim mowa, zostały już uczynione. M.in. wspomnianym listem, a jeszcze bardziej cytowanym tekstem.
Kolej na kolejne każdego z nas i… was… Na obudzenie naszych sumień…

Opublikowano aktualności, kościół, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , | Skomentuj

Ukraiński list otwarty do polskiego społeczeństwa z prośbą o wybaczenie

Polskie media pominęły niemal zupełnym milczeniem list otwarty do polskiego społeczeństwa z prośbą o wybaczenie za zbrodnie ludobójstwa na Wołyniu. List podpisali, m.in.,  byli czołowi politycy i najwyżsi dostojnicy kościołów na Ukrainie.

Czytamy w nim, m.in.:

​Просимо прощення за скоєні злочини і кривди – це наш головний мотив.

Просимо прощення і рівною мірою прощаємо злочини і кривди, вчинені щодо нас, – це єдина духовна формула, що повинна бути мотивом кожного українського і польського серця, яке прагне миру й порозуміння.

Prosimy o przebaczenie za swoje zbrodnie i krzywdy – to jest nasz główny motyw.

Prosimy o przebaczenie i tak samo przebaczamy za zbrodnie i niesprawiedliwości popełnione przeciwko nam – jest to jedyna duchowa formuła, która powinna być motywem każdego ukraińskiego i polskiego serca, które pragnie pokoju i porozumienia.”

[tłumaczenie za forum Kresy]

Pomimo tego, że wcześniej mogło się zdawać, że cała Polska  czeka na podobne słowa przeprosin i prośby o wybaczenie, odzew był mizerny, a rezonans społeczny właściwie zerowy.

- Dlaczego tak się stało? – mógłby ktoś zdumiony takim obrotem sprawy zapytać.

Jak się wydaje przyczyna nie tkwi w asymetrii (10-krotnie wyższej liczby ofiar banderowców po stronie polskiej, niż po stronie ukraińskiej w wyniku odwetu ze strony Armii Krajowej), chociaż komentatorzy polscy zgodnie ją podkreślają.

Przyczyna leży dużo głębiej i to już w czasach obecnych. Opinia społeczna w Polsce odwróciła się od Ukrainy w chwili, gdy ta przyjęła pakiet ustaw gloryfikujących byłych banderowców (UPA, OUN). Gdy w istocie uznała zbrodnię ludobójstwa (na, jak się ocenia, nawet do 150 000 Polaków wraz z kobietami i dziećmi) za uasadniony, pragmatyczny sposób zdobycia niepodległości w kolaboracji z niemieckim okupantem. I nie przeszkadza im nawet to, że żadnej wolności tą drogą Ukraina nie wywalczyła. Wolność i po raz pierwszy własną państwowość  uzyskała w efekcie rozpadu ZSRR, do czego walnie przyczynił się nasz polski ruch Solidarności, którego rocznicę zwycięstwa dziś obchodzimy.

W efekcie Ukraina straciła praktycznie całą sympatię naszego narodu, jaką cieszyła się zwłaszcza od czasów Pomarańczowej Rewolucji.

Osłabło także znacząco wsparcie polityczne, jakiego Polska udzielała Ukrainie na drodze do integracji z Unią Europejską.

W obliczu otwartego konfliktu zbrojnego z Rosją, zresztą, Ukraina odrzuciła, jak się zdaje, wszelki udział Polski w arbitrażu politycznym. A nasze władze nie nalegały.

Wygląda na to, że sprawy Ukrainy przestały mieć większe znaczenie dla narodu żyjącego nad Wisłą. Wygląda też na to, że list ów spóźniony jest o całe pokolenia. W efekcie nie słowa, a czyny się liczą. List podpisał, m.in., były prezydent Wiktor Juszczenko. Ten sam, który odchodząc z urzędu zdołał jeszcze do spółki z Julią Tymoszenko przeforsować pakiet ustaw probanderowskich. Nic dziwnego, że odbierany jest on nie tyle nawet nieufnie, co obojętnie. Niech najpierw Ukraińcy zrobią porządek na swoim podwórku z nacjonalistyczno-faszystowską tradycją banderowską – mówią wprost komentatorzy – a potem możemy wrócić do procesu pojednania. Jeśli jeszcze będzie z kim. Bo wiele wskazuje na to, że Rosja nie zatrzyma się na Krymie. Zwłaszcza, gdy zinstytucjonalizowany faszyzm dojdzie do głosu i „rdzenni” Ukraińcy spod znaku Bandery odważą się ruszyć z siekierami na swoich sąsiadów o rosyjskich korzeniach, podobnie jak kiedyś (pod osłoną niemieckiego okupanta) ruszyli na polskie wsie na Wołyniu.

Opublikowano aktualności, kościół, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Papież Franciszek na greckiej wyspie Lesbos

Papież Franciszek wylądował dziś na greckiej wyspie Lesbos,
która przyjęła dużą liczbę uchodźców syryjskich.
Patrzę na niego, gdy wita się i rozmawia z uchodźcami.
Gdy mówi, że co tylko będzie dla nich mógł uczynić, to uczyni.
Myślę sobie, że to tylko słowa, a np. już wg Jezusa liczą się czyny.
Czy sam wjazd do Jerozolimy jednak nie był czynem?
Czy takim czynem nie jest samo przybycie na tę wyspę, którego nikt się nie spodziewał?
W chwilę później czytam z zawstydzeniem i naprawdę zdumiony:
„Rzecznik Stolicy Apostolskiej ks. Federico Lombardi w oficjalnym komunikacie poinformował, że w drodze powrotnej papież zabrał na pokład samolotu 12 uchodźców z Syrii, w tym sześcioro dzieci; są to trzy rodziny muzułmańskie – dwie pochodzące z Damaszku i jedna z Dajr az-Zaur – które uciekły z terenów zajętych przez tzw. Państwo Islamskie. Wszyscy przebywali w obozie dla uchodźców na Lesbos. Pobyt rodzin ma sfinansować Watykan.”

Papież z wizytą na Lesbos. Foto: EPA/FILIPPO MONTEFORTE

Kiedyś, w swej naiwności próbowałem wysłać e-maila do JPII,
z prośbą by zastanowił się nad możliwością złożenia wizyty
w Iraku w przeddzień amerykańskiej inwazji i pozostaniem tam nawet tak długo, jak to tylko konieczne dla zażegnania tamtej wojny.

Zaczynam się zastanawiać, czy Franciszkowi potrzebne byłyby
takie sugestie.

Dwa lata temu znalazłem się jako zwyczajny turysta w Bazylice św. Piotra. Nawa główna jest rozległa i gdy podeszliśmy do grobu JPII, nie wiedzieliśmy, że przy głównym ołtarzu odprawia właśnie mszę Franciszek. Zobaczylismy go z daleka dopiero gdy już odchodził od ołtarza.

Wspominam o tym, bo z wizytą u grobu JPII wiąże się pewne nieoczekianie dla mnie silne przeżycie duchowe. Stałem skromnie z boku, przyglądając się spokojnie wiernym z Polski, którzy zajęli miejsca przed grobem i modlili się.
Sam jestem niewierzącym ateistą (co ponoć jest sprzecznością samą w sobie, bo ateizm to podobno też wiara – wiara w to, że Boga nie ma; że nie istnieje żadna osoba o na tyle boskich atrybutach, aby mogła stworzyć ten nasz piękny i przepełniony cierpieniem świat).
Sprzecznośc ta jest mi dość obojętna. Po prostu nie wierzę w innego Boga poza człowiekiem. A co do boskości człowieka nie musiał mnie przekonywać św. Jan słowami Jezusa.
Dlatego tak łatwo je przyjąłem. I dlatego sądzę, że to w nich jest wspólna platforma – pomost łączący wszystkich wierzących chrześcijan przynajmniej z wszystkimi niewierzącymi chrześcijanami i nie tylko.

Otóż gdy tam tak stałem przyglądając się początkowo ze skupieniem i spokojem grobowi wielkiego Polaka,
nagle, bez widocznego przejścia, ogarnęło mnie niezwykle głębokie wzruszenie. Mam już swoje lata i wzruszam się do łez łatwiej niż kiedykolwiek wcześniej.  Jednak to doświadczenie przerosło wszystko, z czym dotąd się spotkałem. Moje ciało i mój duch zachowały się w sposób dla mnie absolutnie zaskakujący. Byłem dosłownie wstrząśnięty i zdumiony tą swoją reakcją.

Dziś myślę o tym, co ks. Jan określił potężnymi duchami. Jeśli są możliwe. A katolicy w to wierzą. Wierzą też Indusi.
W istocie sam, jako fizyk z racji wykształcenia, przypuszczam, że istniejemy jako takie kwantowe monady duchowe na substracie z materii równoleglych światów w kwantowym multiwersum. Co więcej… mało co wiemy o ich prawdziwej naturze i ich realnych możliwościach. Fizycy ograniczają liczbę bytów i ich atrybutów do poznanego minimum.  Jednak wszyscy wiemy, że jest ich (jednych i drugich) dużo więcej, niż potrafimy to sobie dziś wyobrazić. Stoimy dopiero na progu naszego poznania.

A jeśli to taki potężny duch dotknął mnie swym wzruszeniem, żebym coś zrozumiał i wykonał? Coś, co było dlań bolesną pomyłką, o której się przekonał i chciałby ją naprawić?
Może po to właśnie żyję? Kto wie? Od dawna próbuję przecież poszukać punktu konwergencji światopoglądów ludzi wierzących i niewierzących. Porozumienie. Wspólna płaszczyzna etyczna rozwiązać by mogła wiele animozji współczesnego świata.
Dziś wracam do pamiętnych słów Jezusa „Wszyscy jesteście bogami” przekazanymi nam przez św. Jana.
Słowa te św. JPII poddał INTERPRETACJI. Zamiast je przyjąć jako takie! Czy aby nie dotknął wtedy samego serca mego ducha tylko po to i aż po to, żebym spróbował w jego imieniu naprawić ten błąd?
Ten Jego brak odwagi? Podobny brak odwagi, którym wykazał się nie próbując zapobiec swego czasu wojnie?
Wolał lękliwie przyjąć i potwierdzić „uświęcone” tradycją pokrętne tłumaczenia Ojców Kościoła o „obrazie i podobieństwie”, podobnie jak wolał przyjąć pokrętne i fałszywe „świadectwa” administracji Busha przemawiające za koniecznością tamtej wojny? „Lękliwie” to zresztą złe określenie. Raczej pozwolił się zwieść ze ścieżki własnego najgłębszego przekonania. A kto raz nie uwierzy innemu bogowi w słowa o własnej boskości… (bo jest nazbyt pokornego ducha… bo nie chce „zgrzeszyć pychą”… ) Kto nie uwierzy najgłębszemu wołaniu swojego serca z głębi ducha… Kto nie uwierzy, że to w nim tkwi Słowo Boże i Duch Święty… Kto nie uwierzy, że najważniejszym bogiem dla niego powinien być on sam… a kto dopiero w drugiej kolejności nie bierze pod uwagę opinii w tym względzie innych, dorównujących mu potencjalnie głębią wiary i ich czynów  bogów… Ten nie zazna zbawienia wiecznego w niebie. A jedyne  dostępne nam na miarę naszego współczesnego marnego pojmowania niebo, to nasze niebo, piekło i czyściec w jednym – to nasza zbiorowa multiścieżka w multiwersum.

Będzie też mu potrzebne wiele nawrotów ducha, aby uzyskać wiarę. Jeśli w ogóle zdoła to uczynić. Niestety, w obliczu tego, co Kościół uczynił z nauki Jezusa, zapewne niewielu kiedykolwiek będzie to dane.

Opublikowano aktualności, kościół, społeczeństwo | Otagowano , , , | Skomentuj

Zmartwychwstanie trzeciego dnia

Czas Wielkanocy to czas odnowy duchowej. W tych dniach, nawołuje do niej swych wiernych Kościół Powszechny. Czy równie skwapliwie nie powinien myśleć osobami swych hierarchów i o własnej odnowie?

W Wielkim Tygodniu telewizja wyemitowała dwuczęściowy film „Ewangelia wg św. Jana”.

W dzieciństwie próbowałem przeczytać Nowy Testament i kierowany poczuciem porządku uporałem się z dwiema pierwszymi, Ewangelią wg św. Łukasza i Ewangelią wg św. Marka. Miałem wówczas wrażenie, że wystarczy mi tej lektury na całe życie. Jakżeż się myliłem.

Ewangelię wg św. Jana Kościół umieścił, bowiem, na końcu Nowego Testamentu.

Z czytaniem rozdziału 10 obejmującego wers 34 i 35 też jakoś nigdy w Kościele się nie spotkałem. Do teraz. To w tym filmie uderzyły mnie po raz pierwszy słowa Jezusa: „Jesteście bogami!” A mam już swoje lata. Szczęka albo jak mawiają młodsi, kopara, mi dosłownie opadła.

Moja uczęszczająca w miarę regularnie całe życie do kościoła małżonka mi nie uwierzyła.

Pomyślałem sobie: No tak, film miał być wiernym przekazem. Ale to przecież tylko film i ma swoje prawa. Scenarzysta zawsze może dodać jakąś własną woltę bądź interpretację. Nazywa się to swobodą twórczą.

I wtedy po raz pierwszy sięgnąłem do oryginalnego tekstu w najbardziej prawomyślnej wersji w Biblii Tysiąclecia. I…? Jak myślicie, co znalazłem? „Wszyscy jesteście bogami” – mówi Jezus przyparty do muru przez wrogi tłum i na dodatek cytuje… Stary Testament.

Jakimi bogami? Bóg jest przecież tylko jeden. A dla większego zamętu w trzech równoprawnych osobach. Taka schizofrenia potrójna, ale cóż do dla Niego? Nawet N-krotna schizofrenia też przecież leży w zasięgu Wszechmocnego. I to dla dowolnie dużego N. Ale dla Kościoła N=3 i kropka. Ustalono to na którymś z soborów. W ten sposób, od tamtej pory, do trzech każdy chrześcijanin potrafił zliczyć. Góra, dół, lewo (i Ducha  Świętego) bądź prawo (i Sviatoho Ducha). Chodzi o to, żeby Ducha wypadło po stronie serca. To też w pełni zrozumiałe. Ale… doprowadziło do schizmy Kościoła Powszechnego i Starocerkiewno-Słowiańskiego. To znaczy rozpadu na dwie z grubsza równoprawne i równie wrogie połówki.

Zwracam się do rodzinnego autorytetu i słyszę, że to na pewno tylko moja interpretacja, a oficjalna na pewno radzi sobie z tym problemem jakoś, a na pewno inaczej, niż mi to chodzi po głowie. Interpretacja? „Wszyscy jesteście bogami” – gdzie tu miejsce na jakąś interpretację, pytam?

I na zajączka dostaję od żony „Grunt pod nogami”. Poczytaj, mówi, a zejdziesz na ziemię. Przeglądam i znajduję: „Gdybym wam powiedział, że jestem Bogiem, powiedzielibyście, że zwariowałem.” W dzień później autor tych słów nie żył. Dosięgła go karząca ręka boskiej sprawiedliwości – wielu z was wykrzyknie, nie zdając sobie nawet sprawy z tego, że krzyczą jak ów tłum na Jezusa, gotów go za takie same słowa ukamienować na miejscu, nie czekając nawet na widowisko, jakie już zapowiedzieli gawiedzi faryzeusze. Co za przedziwny zbieg okoliczności! Żona miała już tę książkę wcześniej przygotowaną dla mnie.

Ksiądz Jan Kaczkowski zmarł 28 marca 2016 roku, w wieku 38 lat, po ciężkiej chorobie. Zmarł na niewyleczalną odmianę glejaka – raka mózgu.

Rzadko przechodzę obojętnie obok takich koincydencji. To w nich właśnie natura ukrywa przed nami z reguły najciekawsze swe reguły, czyli prawa natury właśnie. W efekcie na moim blogu pojawiły się trzy kolejne wpisy. Dzień po dniu. Od dawna tak nie było. I na tym nie miało się skończyć, czego wtedy jeszcze nie przewidywałem. Dzień później czułem się jak rzadko rozbity emocjonalnie. Ale już nazajutrz kolejny raz przekonałem się o mądrości Wschodu z jego „utro vieczera mudriennieje”.

Trzeciego dnia odwiedziłem miasto Rydułtowy. Był to pierwszy prawdziwie wiosenny dzień w tym tak niezwykle dla mnie rozpoczętym roku 2016. Nie chcę przez to powiedzieć, że miał miejsce jakiś triumfalny wjazd do tego miasta. Wielu może później twierdzić, że wśliznąłem się tam pieszo i przez nikogo niezauważony. Podobnie jak prostuje triumfalny wjazd Jezusa do Jerozolimy w niedzielę palmową Michał Bułhakow, czego mogliśmy też w tych dniach dowiedzieć się na przykład z polsko-niemieckiej ekranizacji opowieści o Piłacie na motywach „Mistrza i Małgorzaty”. Wędrowałem nad głowami tysięcy młodych, umorusanych pyłem węglowym młodych bogów, którzy w tym czasie kilkaset  metrów pod moimi nogami wydobywali czarne złoto i oddawali sól tej ziemi w postaci swego rzęsistego potu. Ich poczynaniami kierowali inni przygotowani do tego bogowie, którzy dbają o zrównoważoną eksploatację tego bogactwa tej ziemi, co dziś, w dobie rabunkowehj eksploatacji kopalin, jest prawdziwą  rzadkością. Gdy oni tak ryli głęboko w Rydułtowskiej  ziemi  zmechanizowanymi przedłużeniami swych rąk, w mój umysł wrywał się coraz głębszą i dłuższą bruzdą, obraz otaczających mnie zewsząd bogów, Synów Bożych, bogiń, Córek Bożych, ich matek, a więc Matek Boskich i ojców, a więc Bogów Ojców. Zwariował – pomyślicie, że tak się powtórzę za księdzem Janem. I owszem, zwariował, ale za to, w jakim doborowym towarzystwie. Oto w towarzystwie groźnego Boga Starego Testamentu, co do którego niektórzy od dawna podejrzewają, że musiał nie wszystko mieć ułożone w swych planach we właściwej kolejności tworząc świat, w którym przyszło nam żyć. W towarzystwie Syna Bożego Jezusa Zbawiciela, co do obłędu którego wątpliwości nie miał wspomniany Piłat. W towarzystwie boga, jakim to mianem określił z góry ów Syn Boży, św. Jana Ewangelistę, który skrupulatnie ten fakt uznał odnotowując go w tak jednoznacznym, nie pozostawiającym miejsca na cień wątpliwości, brzmieniu. On też waszym zdaniem zwariował? Wraz ze wszystkimi pierwszymi chrześcijanami, jak mamy na tej podstawie pełne prawo przypuszczać,  co najmniej do pierwszego soboru nicejskiego? Minęło blisko 2000 lat od chwili gdy Syn Boży Jezus, uznany przez Kościół za Zbawiciela ludzkości i Boga równorzędnego Bogu Ojcu słowa te wypowiedział. I oto mało znany w świecie, stojący niewysoko w hierarchii kościelnej umierający polski ksiądz powtarza te same słowa, dobitnie zaznaczając przy tym, jak obrazobórcze i bluźniercze się one wam nawet dziś, a może zwłaszcza dziś, muszą wydawać.

Nie poprzestaje na tym. Mówi nam, że jeśli słowa te trafiają do naszego sumienia, to mamy obowiązek pójść za nimi. Przecież to są Słowa Boże! To niezwykle odważna deklaracja jak na duchownego tak niskiej rangi. Zaraz zresztą osłabia groźne z teologicznego punktu widzenia znaczenie tych słów, podkreślając, że tym, którzy słowa te odczytają dosłownie, należy na to pozwolić. A to dlatego, że są oni w drodze do „prawdziwej” wiedzy, w domyśle zgodnej z doktryną Kościoła. Oddaje w ten sposób Bogu co boskie i Kościołowi co kościelne. Ważne, że każe nam myśleć samodzielnie i podkreśla, że odwołanie się do własnego sumienia, w którym wszak tkwi Słowo Boże uczyniło go osobiście prawdziwie wolnym. Od doktryny kościelnej jak łatwo odczytujemy w podtekście. Nie oczekujmy niczego więcej. Ostatnie, czego mu było w trudnych chwilach umierania potrzeba, to ekskomunika. Wyrzucenie z łona Kościoła. Nowe ukrzyżowanie. Może uznał, że byłby to z jego strony wyraz nadmiernej pychy, gdyby ktoś zauważył, że oto idzie w ślady dotąd Najwyższego Syna Bożego. Ale niepotrzebnie. Wielu zauważyło, że zachował godność i dumę w obliczu śmierci. Pozbawione cienia pychy. Bóg, jakim odważnie zadeklarował się Ksiądz Jan,  wiele razy powtarza w swojej ostatniej książce, że niezbadane są dla niego wyroki Najwyższego. Nie wie też w istocie, dlaczego go doświadcza i czy może być w tym jakiś cel. Tłumaczy to sobie prawami biologii, jakim i on podlega, a jakie Bóg Stwórca zaimplementował naszej biologii i odtąd przypadek rządzi naszym przeznaczeniem. Dlatego nie załamuje się i kontynuuje swe dzieło w sposób prawdziwie godny Syna Bożego. To jego czyny, a nie czcze gadanie, nadal mają świadczyć i dobitnie świadczą o nim. O tym, mianowicie, że zgodnie z kryterium Jezusa, on również jest prawdziwie Synem Bożym, Janem. Praca w hospicjum jest dlań nadal najważniejsza, mimo że sam powoli umiera. A troska o dalsze przetrwanie tego dzieła jego życia po jego śmierci góruje nad troską o własny los. W międzyczasie wydaje „Grunt” tworząc taki pod nogi wielu sobie podobnych. Zarazem, zatem, jest własnym ewangelistą, pokazując w jaki sposób odczytuje Ewangelie uznane przez Kościół. To też są jego czyny. Zwykła praca duszpasterska.

Wędruję po Rydułtowach, w oczekiwaniu aż przygotowany przeze mnie pakiet słów, zaklęty w język maszynowy, wykona w tym czasie pracę, na wynik której oczekuję. I spoglądam w oczy mijanych bogów i bogiń. Niewiarygodne, jak bardzo zmienia to mój własny stosunek do tych wszystkich ludzi. Wielu ze starszych mężczyzn, Bogów Ojców, jak ja, przygiętych troskami nosi w oczach wyraz niespełnienia. Nikt dotąd, łącznie z nimi samymi, nie docenił ich boskiego pierwiastka, myślę z goryczą. I zastanawiam się, co by poczuli, gdybym oznajmił im Dobrą Nowinę, której Kościół, jakiemu w większości tak zawierzyli swoje życie, im pożałował. Której się zaparł i którą w ten sposób ze szczętem niemal sprzeniewierzył. Czy wpłynęłoby to jakoś na ich dalsze życie,  podobnie jak wpływa teraz na moje? Czy może odwróciliby się ode mnie ze wstrętem jak od kolejnego szaleńca. Co i tak byłoby lepsze, niż groźba natychmiastowego ukamienowania za rzekome bluźnierstwo, z jaką zetknął się po wielekroć Jezus. Nie jestem wystarczająco gotowy. Nie stanę na rydułtowskim rynku pod kościołem św. Jerzego i nie zacznę pouczać tłumów. Jeszcze nie dziś. Sam muszę to dopiero ogarnąć. A jest co ogarniać.

Stopniowo w moim umyśle kształtuje się zamiar odnowienia Słowa Bożego w sercach tych wszystkich ludzi. Uświadomienia im, że to przez zrównanie ich z osobą Najwyższego, Syn Boży Jezus zbawił ich na zawsze od zła, jakie tkwiło w ludziach, odkąd poznali różnicę między nim i dobrem. Tym Słowem Bożym, które symbolicznie poznał pierwszy Syn Boży Adam, gdy pierwsza Boża Córka Ewa podała mu owoc z Drzewa Wiadomości.

Oto nastąpiło wypędzenie z Raju. Iluminacja Słowem Bożym to symboliczny moment, w który staliśmy się ludźmi. Otrząsnęliśmy się z bezwzględności dzikich bestii, tkwiących do dzisiaj na dnie naszej biologicznej natury. Zrozumieliśmy dobitnie, kiedy działamy jak takie najgorsze bestie. Zrozumieliśmy też, że naszym prawdziwym, boskim powołaniem jest działanie zgodnie ze Słowem Bożym, które zapadło w serca pierwszych naszych przodków, którzy doznali takiej iluminacji, stając się naszymi pierwszymi Bogami Ojcami. Którzy dali początek wszystkim trwającym po dziś dzień liniom Bogów Ojców i Bogiń Matek, w jakich przemieniają się, gdy przychodzi ich czas w znakomitej większości Synowie Boży i Córki Boże. To za tę prawdę oddał życie Jezus. Zbawił nas od zła tkwiącego w nas. Którym gotowi byliśmy przez kolejne tysiąclecia zatruwać życie innych sobie podobnych. Zbawił mówiąć nam, że to przecież zwyczajnie niegodne bogów jakimi wszyscy jesteśmy.

Trzeciego dnia zmartwychwstał w oczach swoich uczniów, największy z których zdołał się go w międzyczasie trzykrotnie zaprzeć. I tylko nie w oczach teoretycznie najmądrzejszego, najlepiej wykształconego, który go zdradził i sam już nie żył. Oto zmartwychwstało Słowo, które było Bogiem i w Bogu było Słowem od samego początku. To znaczy od chwili, gdy staliśmy się ludźmi. A największa tajemnica wiary, skrywana przed nami przez Kościół, polega na tym, że Jezus dookreślił człowieka słowem bóg. Bóg Ojciec jest jeden, jak jedność stanowią wszystkie linie Ojców Synów Bożych od Praojca Adama poczynając. A mityczny Praojciec stał się nim, gdy w iluminacji jego samoświadomości i języka, jakim zaczął już wystarczjąco skutecznie władać, spłynęło nań Słowo Boże, niczym wyobrażany sobie przez nas Duch Święty. I tak oto w tej Trójcy przetrwaliśmy jako uśpieni bogowie do czasów Zbawiciela, który wybawił nas z tej opresji w jedyny logiczny sposób. Rozwiązał starą łamigłówkę. Każdy z nas jest bogiem i jako taki nie powinien mieć cudzych bogów przed sobą. Powinien kierować się w swym postępowaniu głosem swojego sumienia przed nakazami płynącymi ze strony innych bogów jak on. Nie mają oni bowiem monopolu na Słowo Boże, które staje się stale, podczas gdy oni są w swej życiowej drodze do jego jak najlepszego poznania i samouzgodnienia z sumieniami innych bogów. Owo samouzgodnienie następuje zaś poprzez czyny ich i ich konsekwencje. Nie wystarczą tu dobre intencje. Boskość niesie trudną do udźwignięcia odpowiedzialność i konieczność dalekowzroczności w korzystaniu ze swojego najważniejszego boskiego atrybutu, jakim jest rozum. Jezus rozwikłuje zagadkę schizofrenicznego jedynego Boga o N-osobach, która to liczba N przekracza już dziś kilkadziesiąt miliardów Bogów Ojców i Synów Bożych we wszystkich pokoleniach od Adama i stale rośnie. Oto jest jeden zbiorowy Bóg, którego dziećmi wszyscy jesteśmy. Bóg Jedyny, bo innego nie ma. Jeśli nie liczyć  innych zbiorowości braci w rozumie, rozsianych, zapewne, po niezmierzonych zakątkach Wszechświata. To jednak będą dla nas kolejni Obcy Bogowie. W wypadku zetknięcia się z nimi Słowo Boże w nas nakazuje nam, abyśmy liczyli się przede wszystkim z naszym zbiorowym sumieniem i nie pozwolili ślepo narzucić sobie woli takich Obcych Bogów. Nie będziesz miał Bogów Cudzych przede mną, mówi do boga w sobie Abraham na Górze Synaj.

To nakaz, który kiedyś będziemy musieli umieć przenieść i na tę wyższą platformę międzygalaktyczną. Jesteś zatem najważniejszym dla siebie bogiem. Cudze zdanie, zdanie innych bogów jak ty, stanie się dla ciebie ważne tylko wtedy, jeśli uznasz je najgłębiej w swoim sercu za własne. Za zgodne z własnym. Ale w tym celu musicie sobie wszyscy takie własne zdanie wyrobić w każdej życiowo ważnej kwestii. A każda kwestia, z jaką spotkacie się w życiu jest życiowo ważna. Jedna bardziej od drugiej. A nieważnych nie ma. To tak, jak z głosowaniem w demokratycznych wyborach. Każdy głos jest w nich ważny. Różnica polega na tym, że tam zdarzają się głosy nieważne, a tu wy macie prawo zawetować każdy demokratyczny wybór, który nie jest zgodny z najgłębszym głosem waszego sumienia. Macie też niezaprzeczalne prawo do jego bronienia dając mu świadectwo waszymi czynami. Wielokrotnie już bywało tak, że to pojedynczy głos wołającego na puszczy okazywał się głosem jedynego sprawiedliwego boga.

Tak wielka prawda nie miała prawa przepaść. Dlatego całe rzesze pierwszych chrześcijan zaświadczyło je swoim życiem i męczeńską śmiercią. Nie dlatego, że były proste i łatwe do przyjęcia. Ale dlatego właśnie, że były tak trudne, że wprost niemożliwe do przyjęcia przez przytłaczającą większość ludzi ówczesnego porządku. Nic się w tym względzie nie zmieniło po dziś dzień. A to w wyniku zaprzaństwa Kościoła, który wyparł się tej najważniejszej nauki Jezusa i zafałszował prawdziwy wydźwięk jego męczeństwa wraz z istotą dokonanego Zbawienia. Na kolejne dwa tysiąclecia przywrócił faryzejskie status quo, któremu Jezus tak zacięcie się przeciwstawiał.

Nagle dociera do mnie, że mija oto trzeci dzień od śmierci innego wielkiego prawdziwego Syna Bożego, Jana.  Czy znajdzie się ktoś, w kim zmartwychwstanie Słowo Boże, ten pierwszy od dwóch tysiącleci Syn Boży, który na nowo wyłowił z zapomnienia jego iskrę. Czy ktoś zdoła ją na nowo rozdmuchać w jasny płomień, jakim płonęli na krzyżach i arenach antycznego świata pierwsi chrześcijanie? Rozglądam się wokół i wszędzie dostrzegam twarze uśpionych bogów i przepięknych także duchowo lecz uśpionych bogiń.

Część z nich, to młodzi bogowie, pełni nadziei świecącej w ich spojrzeniach. I urodziwe boginki, które zdają się mieć pusto w głowie, ale to tylko pozór. Te same dziewczyny w lepszych warunkach stają się najlepszymi Matkami Synów i Córek Bożych, jak Europa długa i szeroka. Myślę o tym, co by poczuły, gdybym miał szansę im powiedzieć, że każda z nich jest boginią. Zastanawiam się też, czy wiedzą oni i one o tym, że oto trzy dni wcześniej zmarł drugi w dziejach prawdziwie świadomy swej boskości Syn Boży. I że oto dzisiaj zmartwychwstał dla mnie w swoim Słowie.

A ja jestem gotów dać temu świadectwo w sposób, nad którym właśnie tak gorączkowo się zastanawiam.

 I nagle wyławiam wzrokiem idącą mi naprzeciw niewiastę. Znam ją dobrze z widzenia. To bogini o ostrym głosie i hardym sercu, doświadczonym przez dziesięciolecia poniżania przez innych bogów, którzy tylko w ten sposób na chwilę potrafią zakosztować swej głęboko uśpionej boskości. A właściwie uderzającego do głowy jak nierozcieńczone wino jej przeciwieństwa. Jej harde serce pozostało prawe w nieprawym świecie, który ją zasmuca i gniewa. Uśmiech rozjaśnia jej oblicze, gdy kłaniam się jej nazywając ją Panią. Dzień dobry Pani, wołam do niej z daleka i uświadamiam jej, jak piękny wiosenny dzień mamy, co zapewne sama bez mojego udziału potrafi ocenić. Ona sama również wita mnie zwyczajnie per Pan. A jej twarz jaśnieje w tym czasie boską aurą, która przebija się poprzez codzienne troski. Pytam ją, czy słyszała o odejściu księdza Jana? Mam gotową odpowiedź, że skoro nie, to w takim razie zmartwychwstal specjalnie dla niej po trzech dniach w moich słowach. Ale okazuje się, że wie doskonale. Wie o jego ciężkiej chorobie i współczuje, że w tak młodym wieku odszedł. Tego dnia testuję jeszcze w innym mieście inną boginię, która sprzedaje mi chleb. To był porządny, swój chłop – potwierdza i ta niewiasta. Wieść niesie się z ust do ust. Jest powszechnie rozpoznawalny, a ludzie zdają się go cenić równie wysoko jak samego papieża Franciszka.

Wszyscy zwracamy się do siebie tytułując się nawzajem Pan i Pani. To znamienne dla naszego narodu, który z Maryi, Matki Boskiej jej Bożego Syna Jezusa, uczynił swą Królową. I który od szeregu lat świeżo odzyskanej wolności nosi się z zamiarem obwołania jej Syna Królem Polski. Nieprzypadkowo nazywa Ją swoją Panią a jej Syna swoim Panem, myślę. Żaden inny chrześcijański naród nie przeniósł w swej kulturze tak masowego świadectwa najgłębszej nauki Jezusa. Oto wszyscy z szacunkiem nazywamy siebie nawzajem Paniami i Panami. Czyż nie oznacza to, że jesteśmy jedynym w świecie narodem podświadomie rozumiejącym swoją boską naturę? Najlepiej, zatem, przygotowanymi na jej pełne zaakceptowanie? Jedynie nasze dzieci, zanim dorosną, są dla nas synami i córkami tej Pani i tego Pana. A w oczywisty sposób dziećmi Bożymi, a zatem Synami i Córkami Bożymi. Nie ma w tym ani cienia pychy. Jest za to godność i duma z bycia Polakami, ludźmi i Dziećmi Bożymi. Ta sama godność, którą demonstrował Jezus nie nadstawiając po prostu drugiego policzka zgodnie ze swą nauką, ale domagając się od oprawcy wyjaśnienia, co sprawiło, że on bóg bije Syna Bożego. To postawa godna boga. Na samej tej tylko podstawie sądzę, że uświadomienie innym bogom ich boskiej proweniencji, ograniczy w krótkim czasie wszelkie przejawy niegodnych bogów i bogiń zachowań. W to wierzył także Jezus i za to właśnie oddał swe boskie życie.

Po skończonej pracy. To znaczy, gdy już przemyślnie ułożone przeze mnie słowne zaklęcia, działające nieprzerwanie w narzędziach rozrzuconych po najważniejszych budowlach użyteczności publicznej tego godnego pracą jego bogów miasta, przelały informacje o wpływach pracy tych młodych bogów na ich siedziby na powierzchni na podsuniętą im podręczną pamięć, którą mogłem z łatwością zabrać ze sobą, zdecydowałem się spędzić słoneczne popołudnie na rozmyślaniach w niezbyt odległej, przypominających gęste ogrody oliwne okolicy. Tak rozmyślając nad swoimi planami związanymi z projektem Nowej Ewangelii wg Boga Ojca, Syna Bożego i Ducha Świętego, który dojrzewał w mojej głowie, w wyniku jakże świeżej iluminacji, miałem już je w pełni niemal ukształtowane, gdy zdałem sobie sprawę z nazwy miejscowości, w której się zatrzymałem – Kamień. Czyż nie jest to prawdziwa opoka i kamień węgielny pod najważniejsze dzieło mojego życia? – pomyślałem, znowu uderzony niezwykłą koincydencją.

Chwilę wcześniej z niezwykłą wyrazistością uświadomiłem sobie, że oto wszystkie moje dotychczasowe peregrynacje życiowe, które ukształtowały mnie w taki, a nie inny sposób, prowadziły do tego Projektu. Inaczej spojrzałem na swoją nietypową postawę, jakże często we wszelkich niemal kluczowych kwestiach różniącą się od głosów i postaw otoczenia. Coś, co Anglicy nazywają weird, a co oznacza cudaka. Coś co niejednokrotnie kazało mi zastanawiać się, czy aby do końca jestem normalny? Nie byłem. I tak musiało być, abym zdecydował się podjąć tę rekawicę. Jeszcze chwilę wcześniej rozważałem to z utartego punktu widzenia i nakazywał on mi poniechanie tego przedsięwzięcia, jako takiego, którego nie podjął by się żaden ze znanych mi normalnych ludzi. Teraz te wątpliwości odeszły jak ręką odjął.

Nie godzi się, żeby taka prawda ponownie odeszła w zapomnienie – myślałem.

Zwłaszcza, że właśnie w naszych czasach okazuje się w pełni dojrzała. Być może w czasach Jezusa była skazana na przegraną jako przedwcześnie głoszona. Czy jednak na głoszenie prawdy jest kiedykolwiek za wcześnie? Koniec końców, to nawet tak szczątkowa jej postać zmieniła świat antyczny w świat nam współczesny. Czy lepszy? Bo co do tego, że mógł by być lepszy, gdyby to Słowo znalazło w nim miejsce w swym pełnym znaczeniu, nie miałem wątpliwości.

Co więcej, nie odczytywałem tego jako pychy ze swej strony, ale jakże różnej od niej pełnej godności dumy. Zdałem sobie sprawę, że wszystkie elementy łamigłówki trafiły już wcześniej w moje ręce. Właśnie wskoczyły na swoje miejsca. I oto jestem jedynym chyba w świecie nosicielem od dawna poszukiwanego świętego Graala połączenia najnowszej wiedzy przyrodniczej ze sferą wierzeń duchowych.

Zbudowałem oto przez lata systemat, który łączy ducha, boga, człowieka i jego wolną wolę z w pełni materialnym obrazem świata w sposób niesprzeczny i w pełni samouzgodniony i co najciekawsze nigdzie – jak okiem sięgnę – niesprzeczny z literą Pisma i zawartego w nim Słowa Bożego. W tle majaczy tylko jeden argument na rzecz twierdzenia o niezupełności Goedla. Chwilowo postanowiłem go jednak zlekceważyć i podjąć tę rękawicę, skoro właśnie udało mi się postawić ostatnią kropkę nad i. Nawet jeśli nie może to być w pełni niesprzeczny systemat, to jest on niewątpliwie najlepiej na dziś wyjaśniającym miejsce boga-człowieka w otaczającym go świecie. Jego immanentny udział w kształtowaniu struktury tegoż w możliwie zgodny z rodzącym się obecnie nowym paradygmatem nauki sposób. Przy zachowaniu wolnej woli o brzemiennych dla zbiorowego Boga w nas konsekwencjach. Oto całe połacie zmiennego kwantowego multiwersum utrwalają się (grawitują) w stronę rozległych formacji multiwersalnych, które aproksymują nasze wyobrażenia nieba i piekła. To, do jakiej formacji i w jakim stopniu ostatecznie trafimy, rozstrzyga się właśnie ostatecznie na naszych oczach. To faza prawdziwego czyśćca multiwersalnego, za którym z jednej strony otwierają się bramy niebieskie, a z drugiej najczarniejsze otchłanie piekielne. Ale o tym wszystkim już w nowej Księdze Rodzaju mojej nowej Ewangelii wg Pana, Syna i Ducha Świętego. Obym tylko wytrwał w tym swoim zamierzeniu i jemu podołał. Nie liczę przy tym na szczególne wsparcie ze strony swych boskich braci i sióstr, którzy są moimi krajanami. Moje obecne doświadczenie z piśmiennictwem też nie wróży niczego prawdziwie obiecującego. Przypominam sobie jednak na tę okazję, jak trudno było znaleźć samemu Jezusowi uznanie wśród współmieszkańców Nazaretu.

[1:11, 2016-04-01]

Opublikowano aktualności, kościół, społeczeństwo | Otagowano , | Skomentuj

Ksiądz Jan Kaczkowski

28 marca zmarł po ciężkiej chorobie w wieku 38 lat ksiądz Jan Kaczkowski, twórca Puckiego Hospicjum pw. Św. Ojca Pio.

Ono i praca w nim, a także jego codzienna praca duszpasterska oraz książki, to jego czyny, którym daje świadectwo prawdziwie godne Syna Bożego. Prawdziwie godnego tego miana boga, wg przytaczanego przez Jezusa zdania ze Starego Testamentu, czemu tak dobitne świadectwo daje św. Jan w swojej Ewangelii.

Ks Jan Kaczkowski w nawiązaniu do tej relacji św. Jana pisze na str.182 swoje ostatniej już, niestety,  książki „Grunt pod nogami”, co następuje:

 

Gdybym państwu powiedział, że jestem Bogiem, tobyście mnie odesłali do psychiatry. Ale skoro Chrystus Pan mówi nam, że jesteśmy bogami, to wróćmy do pierwotnego głosu w naszym sumieniu. Do mnie niezwykle mocno przemawia metafora nauki Kościoła jako światła. Światła, dzięki któremu w końcu poczułem się wolny. Przestałem czuć się zamykany w nauczaniu katolickim, gdy odkryłem wielką odpowiedzialność, ale także wolność mojego sumienia. Wszystkie najintymniejsze rzeczy dokonują się w nim. To, że mamy umiejętność rozkminiania tego wszystkiego, co się w nas dzieje, jest pasjonujące. Zwróćcie moi państwo uwagę na to, ze bohaterowie dzisiejszej Ewangelii też rozkminiali rozmaite kwestie. Wielu przyszło do Chrystusa, mówiąc, że wszystko, co Jan o Nim powiedział, było prawdą. Czyli patrzyli, oceniali i wyciągali wnioski. I to jest podstawowa zasada. Nie wolno działać w wątpliwościach. Jeżeli je mamy, to musimy się zatrzymać, wniknąć w problem, rozważyć dostępne nam dane. Jeżeli uzyskamy pewność moralną, to mamy obowiązek za nią pójść. Ponosimy konsekwencje swojego wyboru. I tutaj, żeby gdzieś teologicznie się nie wywalić, zrobię przypis. Jeżeli sumienie, pomimo rozważenia w nim wszelkich możliwych opcji, nie zgadza się z nauką Kościoła, to jest niepokonalnie błędne, ale powinniśmy za nim pójść. Dlaczego? Bo jesteśmy w drodze. I to jest nasza droga. Stara katolicka szkoła uczyła stopniowania wymagań moralnych. (…) Naszym braciom, którzy nie są jeszcze gotowi, by żyć w pełni życiem chrześcijańskim, nie stawiajmy poprzeczki za wysoko (…)

To niezwykle odważne słowa jak na kapłana Kościoła. Nie oznaczają one, że autor przyjmuje je za własne. Ale ma zgryz. W końcu wypowiedział je Jezus w uznanej przez Kościół Ewangelii. Ksiądz Jan otwiera na te słowa swoje sumienie i radzi innym czynić podobnie. To ono jest też najważniejsze dla Jezusa. Postępować zgodnie z własnym sumieniem oznacza postępować zgodnie ze Słowem Bożym, która jest w nas, odkąd je poznaliśmy. Największym grzechem jest działać wbrew niemu. To właśnie zadając mu gwałt, niektórzy z nas są zdolni do popełniania najgorszych występków, do których może być zdolny człowiek.

Jak odnajduje równowagę pomiędzy tym wołaniem sumienia o uznanie tych jednych z najważniejszych słów Jezusa a teologicznym wymogiem podporządkowania się dogmatom Kościoła, który wyraźnie się ich wyrzekł, odciął się od ich bezpośredniego, jasnego, jakże oczywistego sensu? Od tej najgłębszej treści nauczania Jezusa, za którą wielokrotnie omal nie został on ukamienowany i za którą w końcu poniósł męczeńską śmierć na krzyżu? O tym za chwilę…

Jeśli było to dla niego takie ważne, dlaczego Kościół zatrzymał się w pół drogi? Ano dlatego, że obrał on drogę kontynuacji traktowania Słowa Bożego na wzór faryzejski. Na wzór, któremu właśnie przeciwstawiał się Jezus. W efekcie nauczanie Kościoła nie różni się w istotny sposób od tamtego, starohebrajskiego. Czy Jezus poniósł fiasko?… I tak… i niezupełnie.

Tak, bo na ponad dwa kolejne tysiąclecia Kościół utrwalił w jego imieniu naukę, której On usiłował się przeciwstawić. Prawdziwe Słowo Boże jednak przetrwało w tych kilku wersach przemyconych przez św. Jana. Zapewne niedocenionych przez hierarchów kościelnych. A być może zwyczajnie zawstydzonych swym zaprzaństwem i pragnących pozostawić ten wyraz woli twórcy chrześcijaństwa. To resztki boskości w nich wzdragać się musiały przed wykreśleniem tych słów albo wręcz odrzuceniem całej czwartej Ewangelii jako kolejnego apokryfu.

Niezupełnie, bo jednak te Jego słowa przetrwały i teraz nic już ich nie zatrze.

… Ksiądz Jan, imiennik wielkiego Ewangelisty, zdaje się uznawać wyroki dogmatów Kościoła. Zdaje się wierzyć w mądrość tytanów kościoła, którzy położyli podeń takie a nie inne fundamenty doktrynalne. Zdaje się też wyrażać wiarę w to, że wątpliwości zasiane przez te słowa mogą nie tyle odsunąć ludzi wierzących od Kościoła, co bardziej przyciągnąć ludzi niewierzących, poprzez zainteresowanie ich głębszymi studiami nad historią doktryny i teologii. Zdaje się…? Niestety, nie zapytamy go już o to.

Możemy wciąż jednak na nowo wracać z tym pytaniem do jego imiennika i zawsze uzyskamy tę samą odpowiedź: ”Wszyscy jesteście bogami.

Opublikowano aktualności, kościół, społeczeństwo | Otagowano , , , , | Skomentuj

Mój Dobry Przyjaciel Bóg

Mój Dobry Przyjaciel bóg, po zapoznaniu się z poprzednim moim wpisem, w którym odkrywam dla siebie, że Jezus cudzymi słowy, ale przecież nazywa nas wszystkich bogami, a Pismo (Stary Testament) traktujące rzekomo o jedynym Bogu stwierdza dokładnie to samo, rzucił słuszną uwagę:

„Z tezą że człowiek to jakiś byt którego wola stawia go między wyborem trudnej boskości lub zdegenerowanej diabelskości zgadzam się; z tym uzupełnieniem że jest jeszcze trzecia droga: nieco konformistycznej bylejakości (np grzeczni pijacy etc.).”

Odpowiadam: To są uśpieni bogowie :)

Najwyraźniej coś z tej tezy o naszej powszechnej boskości przesiąknęło i wtopiło się na tyle mocno w kulturę chrześcijaństwa, że model uśpionych bogów, którym da się, w moim odczuciu, zilustrować bierność Wschodu, przestał dotyczyć mentalności większości Europejczyków. Co ciekawe, hinduski pluralistyczny model, w odróżnieniu od europejskiego,  stanął z braku analogicznej tezy (memu/Słowa)  w opozycji do nic-nie-znaczącej jednostki, ergo nawet ich tłumu (0xN=0).

Swojscy bogowie Olimpu posiadali atrybuty, które człowiek antyczny był w stanie pojąć, a nawet był w stanie im je odjąć/skraść  (Prometeusz), czyniące z nich bogów o naszym współczesnym (jakże miernym z naszego punktu widzenia) poziomie (nawet ich dziś przewyższamy, sięgając „poziomem” wojujących atomem bogów hinduskich). Ta różnica odstępu technolologicznego pomiędzy obydwoma panteonami musiała mieć tu kardynalne znaczenie. Grecki był właśnie do wyobrażenia osiągalny i pożądany. Hinduski – jedynie przerażający i odstręczający. Greccy bogowie byli celem dla herosów. Ci ostatni, czczeni jak bogowie, im dorównywali. Nawet nieśmiertelność była w zasięgu ludzi… ambrozja i nektar… wystarczyło je zdobyć… nota bene właśnie jesteśmy na etapie sporządzania ich receptury. Ergo, teza o jedynym bogu w każdym z nas, który ma być najważniejszy dla konkretnego ja (skoro jesteś bogiem, to nie będziesz miał cudzych bogów przed sobą), godzona z pluralistyczną tezą o wielości bogów w tym samym Staroksięgu (tylu ich, ile naliczyć można  świadomości tego faktu), wywodzi się z mitologii antycznej/greckiej. Każdy może stać się pełnowartościowym, godnym tego miana bogiem, gdy to zrozumie i przyjmie. A święci i herosi, to najwyżsi bogowie swoich czasów. Taki świadom swej boskości młody bóg (lub bogini) nie będzie działał wtedy ani jako szatan (świadomie manipulujący wolą innych upodlonych/uśpionych przez siebie bogów na rzecz własnych przekonań i woli), ani jako bierne (nie podejmujące żadnych działań), ani aktywne narzędzie takiego (zwykle okrutnego i bezwzględnego boga, którego ma się przed sobą, tzn. którego zdanie, przekonanie jest ważniejsze od mojego własnego).

A co do wspomnianej nieśmiertelności. Jest ona mocno przereklamowana i obciążona tylko potencjalnością, nawet po wprowadzeniu wszelkich koniecznych ku niej przesłanek. Uważam jednak, że także „zmęczenie materiału” takim stanem (zawsze obecne w fantastyce, do Houellebecqua

włącznie) 

jest nadmiernie pesymistyczne i stanowi wyraz frustracji (pociechę) w obliczu tego, że nie jest ona jeszcze naszemu pokoleniu dana. W istocie zasobów Wszechświata jest tyle, że dopiero ona warunkuje skrócenie odległości do jego najdalszych zakątków, jak do nowej globalnej wioski (niedalekiej już przyszłości), gdzie każda rodzina będzie mogła mnożyć się w innej galaktyce, niczym w oddzielnej farmie australijskiej aż do skończenia się czasu (a i wtedy znajdziemy sposób na prześliźnięcie się przez ucho igielne nadymającego się i kurczącego jak żabie pęcherze rezonansowe wszechświata).

Długi Mars

Terry Pratchett i Stephen Baxter wydusili z siebie ostatnio koncepcję „Długiej” Ziemi, a nawet takowegoż Marsa, w której ludzie uzyskali narzędzie wzmacniające naturalną (?) zdolność (?)  istot świadomych do przemieszczania się między równoległymi światami (coś co wcześniej wymyślił już Pierce Anthony w swoich „Modach”).

W ich multiwersum szanse na rozwój życia rozumnego są tak niewielkie, że istnieje ono jedynie w jednej warstwie. Maszyna do przekraczania przerzuca do kolejnych (policzalnych) warstw, które P&B definiują (sądzę że błędnie,  ale jako fantaści mają ku temu pełne prawo) jako pojedyncze światy numerowane liczbami naturalnymi na „wschód” i na „zachód”. Jest to jednak, przy wszystkich swych naiwnych słabościach, dobre studium współczesnej kultury zderzonej z możliwością analogu nieśmiertelności, który zapewnia każdemu z mieszkańców Ziemi do dyspozycji dowolną ilość jej kopii nie skażonych cywilizacją i kulturą ludzką. W takich warunkach wszelkie wyobrażenia ograniczeń na nieśmiertelność (w wfekcie przeludnienia) są po prostu śmieszne.

Jest jednak inny aspekt nieśmiertelności, którego memy religijne nie były w stanie dotąd nawet przeczuć. A dokładniej: Mogły stanowić jedynie odległe przeczucie tego, co już dziś, a najdalej jutro zaoferuje nam wiedza fizyczna o w pełni fizycznym (a nie jakimś metafizycznym) świecie.   To nieśmiertelność w niezniszczalnym (?) albo słabo „dryfującym” obszarze realizującego się pełnego bytu w multiwersum, w miarę jak rozświetlane jest ono wypadkową działań wszystkich kwantowych świadomości-monad-bogów (jak bym to dziś ujął, przedłużając tezy zawarte w Terra Martialis). A ta ich działalność zawęża multiwersum w każdym przebiegu (rodem z doktryny wiecznych powrotów „radosnej wiedzy” Nietzche’go, przetransponowanej na współczesną kwantową „wiedzę tajemną”, czyli wiedzę Poliszynela z punktu widzenia każdego współczesnego, ciut bardziej rozgarniętego fizyka, który nawet z konieczności li tylko otarł się o kwanty)

Uroboros

jedynie do „oświetlonego” ich decyzjami fragmentu tego gigantycznego kwantowego bursztynu, jakim jest multiwersum. Tylko „oświetlone” wiązki światów są w nim w pełni realne. Szerzej traktuję o tym właśnie w Terra Martialis na jej „brunatnych” stronach. Tam jednak jeszcze nie wprowadziłem na ten użytek pojęcia kwantowych monad Leibniza, ani nawet nie znam jeszcze rzeczywistej wymowy ewangelii św. Jana, stanowiącej (w moim przekonaniu) najgłębszą tajemnicę wiary chrześcijańskiej. Tak głęboką, że za najprawdziwszy cud uznać należy, iż kościół na I Soborze Nicejskim w 325 r. nie dokonał kasacji wersów 34 i 35 z ustępu J10.

Powodem zwołania Soboru było zanegowanie przez Ariusza, księdza z Aleksandrii (+336) równości w boskości Syna Bożego z Ojcem. Boskość Syna Bożego, Jego równość z Ojcem, wydawała się przeczyć monoteizmowi starotestamentalnemu i koncepcji filozoficznej jedyności Boga.
http://soborowa.strefa.pl/nicea.html

Już na tym soborze kościół dokonał operacji na boskości człowieka, poniżając ją (wbrew Jezusowi) na kolejne tysiąclecia i marnującego w  ten sposób dokonany przez niego akt Zbawienia. Wiązało się to z herezją Ariusza, który próbował poniżyć boskość Jezusa jako „stworzonego”. To trochę tak, jakby poniżono syna jako gorszego człowieka, bo „stworzonego” przez jego człowieczego rodzica. (W ten sposób nawet pijak powinien stać nad swym synem, nawet, jeśli okazał się on geniuszem. Wszyscy bogowie, którzy nie mają innych bogów przed sobą, proszeni są o nie odczytywanie tego jako tezy, że istnieje jakiś Bóg, który stworzył nas w pijackim widzie, czy w boskim natchnieniu,  cokolwiek jedno lub drugie miałoby znaczyć.) Uznano to za herezję, ale stąd był już tylko krok do poniżenia boskości człowieka (w efekcie zagadania jej, zdoktrynalizowania, a w konsekwencji konsekwentnego przemilczania i nie dotykania tej kwestii nawet już po czasy współczesne) poprzez redukcję jej do marnego tylko obrazu pierwowzoru, dokładnie na wzór argumentacji Ariusza.

Ariusz napotkał na zdecydowany opór biskupa Aleksandrii Aleksandra (312-328) który podkreślił odwieczne zrodzenie Logosu – ab aeterno. [tamże] 

„Na początku było Słowo, a Słowo było u Boga i Bogiem było Słowo” oznacza jednak, że – aczkolwiek odwieczne – i ono miało swój początek. A skoro było Bogiem, to i Bóg ów miał w nim swój początek. Początek ten wiąże się  z powstaniem języka, myśli, mowy i werbalnej zdolności do odróżniania dobra i zła. Nie sięga więc w przypadku ludzi nawet miliona lat wstecz. Nie stoi to w sprzeczności z powstaniem pozbawionego ducha świata materialnego przed owym początkiem. Dlaczego? Po prostu dlatego, że wcześniej jego istnienie nie miało dla nikogo zdolnego do świadomej refleksji najmniejszego znaczenia. Bo nikogo takiego jeszcze nie było. Po prostu nigdzie we wszechświecie nie istniał jeszcze świadomy bóg, który zdołał się wyłonić z tej martwej struktury w drodze ewolucji życia. Zarazem jednak przecież istniał on zawsze, jako część tej multistruktury, z jej rozlicznymi przeszłościami, teraźniejszościami i przyszłościami. Zatem, w tym rozumieniu, religie świata nie były sprzeczne między sobą w żaden sposób. Zarówno te utrzymujące, że Bóg/bogowie wyłonili się z materii jak i te utrzymujące, że był On od zawsze w sensie transcendentalnym (w oderwaniu od naszego przedmultiwersalnego naiwnego pojmowania czasu). W tym sensie religie monoteistyczne były o wiele bardziej dojrzałe od pierwotnych, pojmujących czas linearnie, a nie multiwersalnie. Najbliżej zaś tego multiwersalnego pojęcia czasu zdają się być cyganie, którzy zarówno wczoraj jak i jutro określają tym samym mianem tajsa (w kilku dialektach języka romani).

Herezja Ariusza bazowała głównie na założeniach filozoficznych i na „hellenizacji” treści Ewangelii. [tamże] 


Kłania się moja własna „hellenizacja” :-)

Błędne jest twierdzenie Ariusza, jakoby „był czas, kiedy Syn nie istniał” czy też, że jest on stworzeniem, choćby pierworodnym i najbardziej doskonałym. Logos, podkreślał biskup Aleksander, jest rzeczywiście zrodzony przez Ojca z Jego substancji (ousia) i dlatego jest Jego Synem według natury (katà physis). Jego synostwo jest różne od synostwa jakim zostali obdarzeni ludzie. Jesteśmy synami przybranymi, „adoptowanymi”, poddani grzechowi. [tamże]

To poniżenie człowieka to największe zaprzaństwo kościoła w stosunku do najgłębszej istoty Dobrej Nowiny głoszonej przez Jezusa, a którą można sprowadzić do tego, co ujmę takimi własnymi słowami: Wy, którzy czynicie to, co czynicie, zgodnie ze Słowem Bożym, które znacie, tzn. zgodnie z odwiecznym Logos, danym wam przez Ojca, jakim symbolicznie jest cała linia waszych ojców-bogów, ojców swoich kolejnych synów bożych, aż do mitycznego Adama, który stał się wraz ze Słowem, które rozbłysło w jego samoświadomości. W postaci iluminacji spłynęło nań niczym Duch Święty, jak symbolicznie ową iluminację ilustrujemy. Świadomości dobra i zła, która obudziła się właśnie do życia w jednym z naszych przodków (co nie było, zapewne, zdarzeniem ani prostym ani jednostkowym, ale niewątpliwie dla pierwszych bogów musiało być postrzegane jako swoiste przejście fazowe pierwszego rodzaju – iluminacja, oświecenie; któryś z nich wreszcie ocalał i poniósł iskrę bożą dalej w sztafecie pokoleń kolejnych bogów,  poprzez dzieje kolejnych cywilizacji). Oznaczało to wypędzenie z raju (w którym żyją do dziś zwierzęta, bo sprawiają przynajmniej takie wrażenie, że nie znają pojęcia zła ani dobra; chociaż stosując się do obowiązujacych  je praw natury, nie łamiąc ich, czynią dobro dla swego gatunku; niemal nigdy też nie czynią zła zbędnego, nadmiarowego; do tego zdolni są tylko upadli bogowie). Wypędzenie z raju, ale jednocześnie uzyskanie boskości. Raj skończył się wraz ze Słowem. Odtąd zaczęła się trudna rzeczywistość odpowiedzialności za owo Słowo. (Trywializując: „O rany, jestem bogiem! Ale, zaraz, zaraz!… Przecież on też jest bogiem… a nie kołkiem stojącym na mojej drodze. A ona boginią! A nie kępką trawy, ktorą mogę sobie…”)

To właśnie ta najgłębsza istoty Dobrej Nowiny głoszona jest przez Jezusa, a można ją sprowadzić do tego, co ujmę takimi nieco krótszymi własnymi słowami: Jesteście prawdziwie synami bożymi, prawdziwymi bogami, a nie bogami uśpionymi, bogami-embrionami lub – co gorsza – rozbudzonymi bogami szatańskimi. Tzn. takimi też potraficie być i niektórzy z nas takimi się stawali. Jednak ostatnio zaryzykowałem tezę, że na przestrzeni tych ostatnich tysiącleci działo się tak dlatego, że Kościół ukrył przed nami tę prawdę. Rozmydlił ją. Zaparł się jej po wielekroć na kolejnych soborach ustami swoich „nieomylnych” namiestników Jezusa. Święty Piotr zaparł się Jezusa tylko trzykrotnie w obliczu zagrożenia własnego życia. Ale natychmiast się tego zawstydził i całym swoim życiem usiłował zmazać z siebie tę hańbę. Święty Kościół Powszechny nie przestaje zapierać się Jezusa z całą swoją mocą (a jest ona niemała) aż po dziś dzień. Czy którykolwiek z przyszłych papieży odważy się zdjąć z niego tę hańbę? Ośmielę się zaryzykować tezę: Jeśli tak się nie stanie, wkrótce nie tylko przydomek „Święty” ale i „Powszechny” odejdą na karty historii Słowa. Co gorsza, może to oznaczać wylanie tego Świętego Dziecka cywilizacji z kąpielą. A świat pogrąży się w ciemności zła i nie będzie już dla niego Zbawienia, dopóki utracone Słowo nie zostanie ponownie odnalezione.

Oczywiście zaadresowanie słowa „zaprzaństwo” pod adresem Kościoła Powszechnego automatycznie wyłącza te moje rozważania i tych, którzy im ulegną poza jego obręb:

Tych, którzy mówią: „był kiedyś czas kiedy go nie było” lub „zanim się narodził nie był” lub „stał się z niczego” lub pochodzi z innej hipostazy, lub z innej substancji [niż Ojciec], lub, że Syn Boży jest zmienny i przeobrażalny, tych wszystkich powszechny i apostolski Kościół wyłącza.[tamże]

Na marginesie, z multiwersalnego punktu widzenia Bóg czyli Słowo było już w łonie multiwersum, zanim się narodziło w naszym odczuciu linearnej historii naszego pojedynczegio świata. Nie „stało się z niczego”, tylko wynikło z ewolucji człowieka i jego iluminacji na jednym z wczesnych etapów rozwoju kultury. Syn Boży, tzn. każdy człowiek niosący w sobie spuściznę tego Słowa jest niezmienny i nieprzeobrażalny, bo niezmienne i nieprzeobrażalne jest Słowo, które w każdej chwili jasno mówi naszemu sumieniu, co jest dobre a co złe. Słowo leży w centrum tych przekonań sumienia aproksymujących je w miarę jak coraz świadomiej zmierzamy w jego kierunku, będąc w drodze  (jak by to mógł ująć nieodżałowanej pamięci ksiądz Jan Kaczkowski).

Niestety, Kościół ów wyłączyłby również samego Jezusa, gdyby miał dziś ku temu sposobność. A to z racji herezji, za jaką uznałby utożsamienie przezeń boga z człowiekiem, co wywodzi się właśnie z przyjęcia przez ów kościół rzeczonej argumentacji Ariusza pod adresem człowieka.

Zasadniczo, cały Kościół Powszechny należy uznać tym samym za wyraz herezji Ariańskiej selektywnie pozostawionej w relacji do wszystkich innych ludzi poza Jezusem. A przecież (czy naprawdę tylko dla mnie!?) najgłębsza tajemnica wiary chrześcijańskiej zawarta jest właśnie w tych słowach przytoczonych przez Jezusa: „wszyscy jesteście bogami”. Literalne ich odczytanie, a nie co innego mgliście zagadanego przez Kościół i uczynionego zaiste nieodgadnioną zagadką, prawdziwym rebusem teologicznym, stanowi właśnie wyraz zbawienia ludzkości przez Zbawiciela, jakim był ten pierwszy od dawna Bóg, który się o nie upomniał. Uczynił on tyle dla myśli o człowieku jako bogu, co Hugh Everett III dla idei multiwersum literalnie traktując kwantowomechaniczną funkcję falową jako wyraz równorzędnego istnienia wszystkich możliwych wszechświatów przez funkcję tę opisywanych. Także on napotkał na aktywny opór faryzeuszy fizyki, jakimi była cała szkoła kopenhaska. Należy traktować starania Everetta jak ów starotestamentowy zapis. Odpowiednikiem Jezusa w fizyce, był dopiero twórca multiversum, Dawid Deutsch, z konsekwencjami może nie tyle zbawienia dla tej nauki i jej adeptów, co zalążków nowego rozumienia rzeczywistości, w której pojawiło się miejsce nie tylko dla komputera kwantowego i teleportacji kwantowej, ale i kwantowej teorii wolnej woli (ze skromnym, bo żadnym obecnie, ale wg mnie wielce obiecującym miejscem  kwantowych monad Leibniza) i holistycznego opisu dynamicznie zmieniającego się, pod wpływem jego świadomych boskich elementów, multiwersum. Zmieniającego się w odwiecznej walce dobra ze złem w stronę aproksymacji jednego lub drugiego (nieba lub piekła). Aproksymacji modulowanych w każdym kolejnym cyklu odwiecznych „fononów” złożonych ze świadomych wyborów,  przebiegających sieć krystaliczną multiwersalnego „bursztynu”. Dzięki uwspółcześnieniu pojęcia monad Leinbniza i doktryny wiecznych powrotów Nietzchego i dopasowaniu ich do pojęcia multiwersum, możliwa jest wolna wola, której jeszcze w Terra Martialis  próżno poszukuję, upatrując zmienności multiwersum w zewnętrznie zmiennym, nieznanym źródle „światłości”, które pozostawia miejsce nawet dla jakiegoś nadrzędnego Boga poza nami. Mylę się tam jednak sromotnie co do tej kwestii. Dlatego właśnie, że dla osiągnięcia tej zmienności wystarczą same tylko istoty samoświadome wmontowane w multiwersum (kwantowe monady nie działające na zasadzie prostych uwarunkowań zdeterminowanych przez kolejne uwarunkowania (nawet multi-) wyborów). To właśnie bogowie św. Jana Ewangelisty. Bogowie jak Ty, Ja i miliardy nam „współczesnych” (bogów-Będonków) i „minionych” (bogów-Minionków) oraz bogów przyszłości, tzn. naszych dzieci (bogów-z-naszego-tylko-a-nie-ich-punktu-widzenia-Dopiero-Będonków). I proszę, nie traktuj tych nieco infantylnych wyjaśniających określeń-przybliżeń jako czegoś, co ośmiesza i ma w Twoich oczach zdyskredytować powyższe rozważania. Nie miej cudzych bogów ponad najważniejszego w sobie. Myśl samodzielnie i czyń zgodnie ze swoim najgłębszym rozróżnieniem złego i dobrego. Korzystaj z Logosu, który tkwi w Tobie, jak tylko potrafisz najlepiej.

Opublikowano film i literatura, kościół, społeczeństwo | Otagowano , | Skomentuj