Ewangelia wg Marii

Ewangelia wg Marii Crocifissa della Concezione

Takie imię przyjęła wstępując do klasztoru benedyktynek w wieku 15 lat w XVII wieku Włoszka Isabella Tomasi (1645-1690).

Niedawno odczytano 15 linijek tekstu, w których w 1676 r. pisze ona o różnicach między człowiekiem, Bogiem a szatanem. Swoje przesłanie z głębi wieków zaszyfrowała, gdyż w owych czasach nie mogła liczyć w zamian na mniej niż… los samego Jezusa. Przez wieki podobne przemyślenia były skazywane na niebyt. Ona jednak wymyśliła sposób, aby te jej nie przepadły.

Palma di Montechiaro, Sycylia

Miejscowość ta leży 80 km na południowy-zachód od sławnej rzymskiej willi w Piazza Armerina i zaledwie 25 km na południe od Agrigento, w którym znajduje się historyczne wzgórze ze starogreckimi świątyniami. Isabella mogła je zatem odwiedzić. Co nie mogło nie pozostawić po sobie wrażenia zależności wyobrażenia Boga od kultury.

Agrigento

Potraktuję wątki z jej listu, jako tezy sprzed ponad 300 laty, które w wyjątkowy sposób korespondują z moimi własnymi przemyśleniami.

1. Boga ludzie sami wynaleźli, a „religia to system, który nie służy nikomu”.

2. Jezus jest tylko niepotrzebnym obciążeniem dla innych.

3. „Bogu wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi”.

4. „Być może obecnie Styks jest pewny.”

Ad.1. Isabella, jeśli istotnie była wybitną lingwistką, musiała zdawać sobie doskonale sprawę z wielu oblicz Boga, zależnych od kultur, które je wykreowały. Boga ludzie sami wynaleźli.  Byli jednak tacy, którzy zawsze łączyli ową boskość z samym człowiekiem. Sam Jezus należał do tych, którzy usiłowali tę prawdę ludziom uprzytomnić już 2000 lat temu.

Ad.2. Jezus stał się niepotrzebnym obciążeniem dla innych, gdyż takim uczynił go Kościół. A ten Jezusem posłużył się do przywrócenia swoich dawnych faryzejskich celów, którym Jezus próbował się przecież przeciwstawić. Jego nauka nie jest już jednak bynajmniej niepotrzebnym obciążeniem. Jezus odkrywa na nowo Boga w sobie i w każdym z nas. Odkrywa też potencjał, jaki mamy ku stworzeniu Królestwa Bożego.  Wierzy w to, że pokonamy Szatana tkwiącego w nas, który może doprowadzić człowieka do ostatecznego Piekła, jakie ludzkość sobie sama może zgotować, jeśli nadal będzie postępować wbrew odkrytym przez siebie wraz z pojawieniem się świadomości konieczności rozróżnienia dobra i zła nakazom moralnym i wartościom etycznym. Kościół wypaczył naukę Jezusa, chociaż pozwolił przetrwać jego słowom „Wszyscy jesteście Bogami.” Przechował też jego ideę miłości bliźniego w etyce chrześcijańskiej, która nie przeszkodziła mu jednak ani w krucjatach ani w polowaniach na czarownice i niewiernych. Jak ta nauka może być wypaczona poprzez odwołanie się do jakiegoś abstrakcyjnego Boga poza nami świadczy również Islam, który zawiera wszystkie wojownicze elementy średniowiecznej kultury chrześcijaństwa. Stanowi ich zakonserwowaną formę. Dlatego „religia to system, który nie służy nikomu” poza jej faryzejskimi beneficjentami. Nic zatem dziwnego, że współczesny, światły i dużo bardziej wolny niż przed wiekami człowiek odrzuca cały ten balast średniowiecza, chociaż z tej bezpiecznej perspektywy i dystansu kulturowego może pozostawać zafascynowany materialnymi elementami owej kultury, które niewątpliwie nie powstały by, gdyby nie owo wypaczenie nauki Jezusa.

Rozwój boskości w człowieku byłby za to niewątpliwie dużo bardziej widoczny, niż to ma miejsce obecnie w dobie wylewania dziecka (istotnej nauki Jezusa) z kąpielą (takim czy innym Kościołem).

Ad.3. „Bogu wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi”. Czy jest w tym jakaś sprzeczność? Przyjrzyjmy się temu nie jako izolowanemu stwierdzeniu: Boga ludzie sami wynaleźli, a owemu wynalezionemu przez nich wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi. Tzn. jest to atrybut Boga wynalezionego. Owo przekonanie. Odnieśmy to do przekonania samego Jezusa. Wierzy on w to, że boskość w nas może zwyciężyć tkwiące w nas równie potencjalnie szatańskie zło. Aby tak się stało, musimy posiadać rzeczywisty atrybut wolności, którego realność polega na tym, że nasze wybory mają moc determinowania naszej przyszłości. Że w samej ich istocie zawarta jest realna siła sprawcza rzeczywistość ową kształtująca. I oto dziś okazuje się, że jest możliwe zbudowanie fizycznie realnego modelu takiej rzeczywistej wolności. W dynamicznym,
zmiennym multiwersum obejmującym całe dzieje człowieka, ma on nieustanną możliwość kształtowania postaci tego multiwersum jako całości. W kolejnych przebiegach świadomości kwantowych monad jakimi jesteśmy, dokonujemy wciąż na nowo zbliżonych wyborów, ucieleśniających, nadających realny kształt całemu polu możliwości, których znaczną część odrzucamy. Jako pole takich samouzgodnionych świadomości istniejące na przestrzeni całych dziejów przeszłych i przyszłych, oddziałujemy na owego pola wektor przesuwający się stopniowo od osi zła ku osi dobra. Stajemy się w ten sposób Bogiem tego multiwszechświata, decydującym o kształcie tegoż multiwszechświata i jego samego, stwarzającego i modelującego wciąż na nowo z każdym cyklem odrobinę zmieniony kształt owego multiwszechświata, niczym garncarz wciąż na nowo modelujący swój dzban w glinie z pozoru nic nie znaczącymi ruchami samych opuszków palców. W czasach Marii temu Bogu w nas jedynie „wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi”. A śmiertelnicy to przecież poszczególne ogniwa w tym łańcuchu dążącym do boskości. Jezus w to wierzy. Isabella w Marii wiary tej nie odnajduje w sobie.  Kant w to wierzy, chociaż wielu przed nim i po nim twierdzić będzie, że  wolność ta to tylko iluzja. Do tego popycha całe pokolenia ludzi przekonanie o mechanicystycznym determinizmie. Dopiero pojęcie kwantowych monad przekształca bezwolne monady Leibniza w część szerszego planu zdolnego do samokształtowania całej swojej historii na nowo w zmodyfikowanej do postaci kwantowego multriwersum doktryny wiecznych powrotów Nietzcheańskich. Po raz pierwszy w dziejach zyskaliśmy dziś fizykalną bazę, zdolną uzasadnić coś, co do tej pory jawiło nam się jedynie jako złudzenie.

Ad.4. „Być może obecnie Styks jest pewny.” Tą rzeką czasu trafiamy na powrót do wiecznego obiegu. A właściwie czyż nie symbolizuje ona całego naszego płynnego multiwszechświata?

list

Jan Muller 09.09.17 (16:31) Odkodowali list „opętanej” zakonnicy sprzed 341 lat. Użyli programu do łamania szyfrów z Dark Web

Spisany niezrozumiałym językiem list XVII-wiecznej włoskiej zakonnicy od stuleci skrywał tajemnicę. Wiadomość podyktowana ponoć przez samego Szatana została w końcu odszyfrowana programem, którego używać mają agencje wywiadu i wojsko.
 
Po 341 latach włoskim naukowcom udało się odszyfrować treść jednego z najdziwniejszych dokumentów spisanych przez osobę duchowną. Dla wierzących informacje tam zawarte wydać się mogą, jeżeli nie szokujące, to na pewno bluźniercze. Autorką listu jest Isabella Tomasi, która do historii przeszła jednak jako siostra Maria Crocifissa della Concezione. Takie imię przyjęła wstępując do klasztoru benedyktynek w wieku 15 lat. 
 
Z listem spisanym kilkoma archaicznymi alfabetami mierzyło się wielu. Dopiero zespół informatyków z ośrodka badań Ludum Science Centre w Katanii dał radę. Jak tłumaczy jego szef, Daniele Abate, badacze posłużyli się programem deszyfrującym ściągniętym z tzw. Ukrytej Sieci (Dark Web). Według Abate programu używają agencje wywiadu do łamania kodów i szyfrów. 
 
Podłączyliśmy program do baz językowych z antyczną greką, językiem arabskim, alfabetem runicznym i starożytną łaciną. W ten sposób byliśmy w stanie odczytać część liter i odkryć, że treść listu zaiste jest diabelska – śmieje się naukowiec. Pomysł, by użyć różnych dawnych języków nie był przypadkowy. Siostra Maria była ponoć wybitną lingwistką. I faktycznie, to co napisała to zagmatwana mieszanina języków i
alfabetów. Widać, że włożyła w ten list całą swoją wiedzę. Co chciała przekazać potomnym pod płaszczem listu od Lucyfera?
 
Odczytano 15 linijek tekstu, w których pisze ona o różnicach między człowiekiem, Bogiem a szatanem. Niezależnie od treści, list sprawia wrażenie spisanego przez osobę chorą psychicznie. Cierpiącą na chorobę dwubiegunową, a być może i schizofrenię. Zakonnica zauważa, że „Bogu wydaje się, że może uczynić śmiertelników wolnymi”. Po chwili dodaje, że Boga ludzie sami wynaleźli a „religia to system, który nie służy nikomu”. W jej liście „Jezus jest tylko niepotrzebnym obciążeniem dla innych”. Okoliczności spisania tekstu są równie barwne, co jego treść. Któregoś poranka 1676 roku siostra Maria obudziła inne zakonnice przeraźliwym  zakonnice przeraźliwym krzykiem. Gdy kobiety przybiegły do jej celi, zobaczyły ciało pokryte tuszem. Obok leżała odręcznie spisana kartka pergaminu. Maria przekonywała, że opętał ją diabeł i przemocą zmusił do spisania wiadomości. Benedyktynki próbowały bezskutecznie odczytać treść listu, w końcu udostępniły go w swoim klasztorze licząc, że uda się to komuś innemu.
 
https://www.o2.pl/artykul/odkodowali-list-opetanej-zakonnicy-sprzed–lat-uzyli-programudo-lamania-szyfrow-z-dark-web-6164300813682305a

Opublikowano aktualności, Bez kategorii, ewangelia | Otagowano , | Skomentuj

Rowerzysta i przechodzień zastrzeleni na polowaniu

W środę 24.10.2016 r. w rowie w miejscowości Mirkowice został znaleziony 57-latek. Mężczyzna leżał na drodze powiatowej między miejscowościami Wągrowiec i Janowiec Wielkopolski.
Znalazł go przypadkowy kierowca, który wezwał pomoc. Mężczyzny nie udało się uratować. Mimo pomocy udzielonej przez pogotowie zmarł w drodze do szpitala. Jego śmierć nie była, jak się szybko okazało, wynikiem potrącenia przez samochód, ale postrzelenia w głowę. W okolicy odbywało się wtedy polowanie…
Pan Paweł Piosik wracał z ryb rowerem do domu (co należy mocno podkreślić) asfaltową, publiczną drogą przebiegającą na tym odcinku przez odkryty teren w sąsiedztwie lasu:
Tu rower stał, tutaj leżała wędka, podbierak i czapka. Każdy z nas tutaj mógł być” – mówił wskazując jej pobocze Andrzej Piosik, brat zabitego mężczyzny.

„Kula musiała zmienić tor lotu”

21-letni myśliwy zastrzelił 57-letniego rowerzystę.
Twierdził, że pocisk wystrzelony przez niego miał trafić w sarnę, a dopiero potem prosto w głowę przejeżdżającego człowieka.

To musiał by być jednak superstrzał. Jakie jest prawdopodobieństwo śmiertelnego ustrzelenia 2 ofiar jednym strzałem? Wkrótce miało się okazać, że myśliwy kłamie.

Jak donosiła prasa: „Rodzina ofiary jest wstrząśnięta zdarzeniem.” A może powinna z całym spokojem przyjąć ten fakt do wiadomości? Przecież wiadomo – gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą? Ot kolejny nieszczęśliwy wypadek? Ileż to ludzi ginie w samych miastach na pasach, „upolowanych” przez nadsterowne pociski dużo większego kalibru? I jakoś „nikt” się tym nie przejmuje? Tylko, że na polnej lub leśnej ścieżce raczej poruszamy się bez obawy o cokolwiek innego, niż wyboje i kamienie na niej oraz zła pogoda nad nią.

To jest odpowiedzialność. Broń, jak się ma, to się odpowiada za to” – mówił gorzko Andrzej Piosik, brat zastrzelonego. – Nic nie zwróci życia bratu. Chcemy jednak, aby ten myśliwy poniósł surową karę. Dziesięć lat więzienia to minimum. Ten wyrok powinien być przestrogą także dla innych myśliwych.
Może wówczas się dwa razy zastanowią, zanim pociągną za spust. Mam nadzieję, że sprawa ta zostanie dokładnie wyjaśniona.

Pan Andrzej mówi, że po stracie brata cały czas odczuwa pustkę:
Zawsze mogłem na niego liczyć. Nigdy nie odmówił mi pomocy.”

Na początku myśleliśmy, że to jakiś wypadek samochodowy, może go ktoś potrącił, może jakieś zwierzę go zaatakowało” – mówiła Katarzyna Krzyśko, bratanica pana Pawła.

Dopiero sekcja zwłok wykazała, że przyczyną śmierci mężczyzny był postrzał w głowę. Wówczas, policja bardzo szybko ustaliła, że w okolicy odbywało się w tym czasie polowanie. Myśliwego, który oddał śmiertelny strzał, wskazano na podstawie tzw. księgi polowań. Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji, tak relacjonował wstępne ustalenia: Ustaliliśmy nazwiska dwóch osób, które w tym uczestniczyły i jedną z tych osób był 21-latek. Strzelał do sarny, którą zastrzelił, natomiast kula musiała zmienić tor lotu, przemieścić się przez fragment lasu, a później dolecieć do miejsca, w którym znajdowała się droga i przejeżdżał tamtędy rowerzysta.

Wągrowiecka prokuratura postawiła 21-latkowi zarzut nieumyślnego spowodowania śmierci, za co grozi mu do 5 lat więzienia. Podejrzany nie przyznał się do winy. Po złożeniu wyjaśnień został zwolniony do domu. Okazało sie, jednak, że mężczyzna ten od początku próbował mataczyć. Według jego wersji wystrzelona przezeń kula trafiła w sarnę, zmieniła kierunek lotu, przeszyła las i trafiła w jadącego drogą rowerzystę. W kilka miesięcy później, w marcu 2017 r., okazuje się, że ta wersja jest całkowicie nieprawdziwa. Okazało się, że myśliwy oddał więcej strzałów, a prokuratura zdecydowanie wykluczyła rykoszet. Robert Pinkowski z prokuratury w Wągrowcu: „Dysponujemy już opinią biegłego z dziedziny balistyki. Jesteśmy na sto procent pewni, że nie było w tym przypadku żadnego rykoszetu. Kula wystrzelona z broni myśliwego, nie zmieniając toru lotu, trafiła w rowerzystę.

Według zapytanego przez reportera UWAGI! myśliwego z koła łowieckiego Szarak, strzelanie w stronę drogi to kategoryczny błąd: „Błąd. Nie wolno, nie wolno” – powtarzał pytany myśliwy z naciskiem. Zbigniew Wojciechowski, rzecznik dyscyplinarny Polskiego Związku Łowieckiego w Pile: „Myśliwy nie oddał jednego strzału. Oddał ich kilka. Złamał zasady etyki. Strzelał w kierunku drogi. Strzelał do nierozpoznanego celu” – nie kryje oburzenia.

Czy można wykluczyć, że mężczyzna widział wynik swojego strzału i nie udzielił ofierze pomocy? Czy w przeciwnym razie, gdyby pomoc nadeszła w porę, pan Paweł Piosik mógłby przeżyć? Wszystko to powinno ustalić dalsze śledztwo.

Cały rok 2016 był tragiczny dla rodziny Piosików. Brat zastrzelonego, Andrzej:
W ciągu pół roku straciłem troje członków mojej rodziny. W styczniu zmarła mi mama, miesiąc temu ojciec, a teraz zginął mój brat. To niewyobrażalna strata.” Mówi, że jego brat był zwykłym i dobrym człowiekiem: „Pracował przez lata w rzeźni. Później przeszedł wypadek, po którym nie mógł już wrócić do pracy. Był na rencie, którą kilka lat temu mu odebrano. Teraz utrzymywał się z zasiłku.”

W tamten tragiczny wieczór mężczyzna wracał z wędkowania do domu, do którego jednak nigdy nie dotarł. Znaleziono go w rowie. Jego zabójca, 21-letni myśliwy, który – jeśli (w ogóle) widział, co zrobił – nie udzielił swojej ofierze pomocy, zrejterował, a później próbował mataczyć, zrezygnował z członkostwa w Polskim Związku Łowieckim. Należał do koła łowieckiego Cyraneczka. Rzeczniczka Polskiego Związku Łowieckiego Diana Piotrowska: „Jeżeli chodzi o bezpieczeństwo, to w Polsce mamy najbardziej restrykcyjne zasady bezpieczeństwa na polowaniu, jakie są w całej Europie, podobnie jak z dostępem do broni.” Według niej wypadki to efekt skali: „To jest 120 tys. ludzi.  Ludzi, którzy przechodzą szczegółowe badania psychiatryczne, psychologiczne, z wiedzy teoretycznej, z bezpieczeństwa na polowaniu, ze strzelectwa. Mimo to, nie da się uniknąć sytuacji, że zdarzają się osoby, które podejmują nieodpowiedzialne kroki.

Tymczasem to nie pierwszy taki wypadek w ostatnim czasie. Tylko w ciągu dwóch miesięcy poprzedzajacych opisywane na wstępie zdarzenia, w czasie polowań życie straciły trzy osoby.  Jak mówią ekolodzy, do tragicznych wypadków dochodzi ciągle. Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot wymienia tragiczne przypadki tygodni poprzedzajacych to zdarzenie:

1) Pocisk wystrzelony przypadkiem przebił karoserię samochodu, tylne siedzenie i zabił człowieka, który siedział w samochodzie.

2) Na polowaniu myśliwy zabił myśliwego, swojego kolegę.

3) Została postrzelona kobieta w polu kukurydzy.

Teraz możemy dodać kolejny, bliźniaczo podobny do opisywanego wyżej (nr n, bo nie wiem, ile jeszcze wydarzyło się „po drodze”):

n) Sam koniec lutego 2017 r.: Podczas wieczornego polowania (po godzinie 20-tej!) we wsi Kłoda w okolicy Głogowa (Dolny Śląsk) postrzelony został 63-latek, przechodzący drogą opodal lasu. Postrzelony mężczyzna został przewieziony do szpitala w Głogowie, gdzie zmarł o godz. 2 w nocy. Postrzelony mężczyzna nie brał udziału w polowaniu. Strzał oddał 29-letni myśliwy, Bartosz R., który utrzymywał, że jakoby miał pomylić przechodnia z dzikiem.  On i jego 37-letni znajomy mieli pozwolenie na polowanie, obaj byli trzeźwi.
Czy ktoś widział dzika na dwóch nogach? Mężczyzna szedł. Nawet, gdyby kucał i przy tym chrząkał, wycierając nos, nikt nie miał prawa go zastrzelić!!! Ale on nie kucał. Po godzinie 20-tej szedł sobie spokojnie drogą w okolicy lasu, gdzie polowało dwóch mężczyzn – 29-letni Bartosz R., który oddał strzał, i jego 37-letni znajomy. Mieli pozwolenie na polowanie, obaj byli trzeźwi. Czy obaj byli ślepi? Nie na tyle, aby nie trafić śmiertelnie swojej ofiary.

Godzina 20-ta w lutym to już noc choć oko wykol, a nie wieczór!

niedziela, 26 lutego  2017 r.: wschód   6:45  zachód słońca   17:31

Rozporządzenie Ministra Środowiska z 23 marca 2005 r., paragraf 7.2. Myśliwy polujący w nocy jest obowiązany (…) 3) przed strzałem (…) osobiście rozpoznać przez lornetkę cel i teren na linii strzału. Zacznijmy od tego, że w lutym po 20-tej rozpoznanie terenu przez lornetkę optyczną nie może być skuteczne  i skoro przepis ma być spójny ze zdrowym rozsądkiem i prawami fizyki, to powinien dopuszczać (i wymagać!) użycia w tym celu noktowizorów. Dalej:

Jakim prawem w ogóle strzał oddany został w nocy w kierunku drogi? Paragraf 10.3.3. Regulaminu polowań zakazuje myśliwemu polującemu w nocy na dziki strzelaniaw kierunku osad i dróg publicznych„.
Regulamin polowań powtarza tu paragraf 7.2.3) Rozporządzenia Ministra Środowiska z 23 marca 2005 r. 
Po godzinie 20-tej, a więc w zupełnych ciemnościach  strzał ten mógł [chociaż nie miał prawa!] zostać oddany wyłącznie „na słuch”. Czy mężczyzna odchrząknął, czy szurał nogami? Ja sam, idąc 2 lata temu podobną opustoszałą drogą wiodącą przez las i dalej polami, podobnie późnym, dość wietrznym wieczorem (latem) w szybko zapadającym mroku, pogwizdywałem, a nawet podśpiewywałem regularnie, właśnie z obawy przed „myśliwymi”, mogącymi czaić się w mroku. Latarki używałem (dla oszczędzania baterii) tylko, gdy (nader rzadko) przejeżdżał jakiś samochód, zawsze kierując jej światło wyraźnie i wahadłowo w kierunku nadjeżdżąjacego pojazdu.

Ranny mężczyzna trafił do szpitala w Głogowie, lecz mimo wysiłków lekarzy nie udało się uratować mu życia. Zmarł w poniedziałek o 2-giej w nocy. Tzn. polowanie odbywało się, zapewne, w niedzielny wieczór, 26.02.2017 r.

Radosław Ślusarczyk z Pracowni na rzecz Wszystkich Istot, pokazując w różne strony lasu mówi:
Ja, chodząc po lesie, nie czuję się bezpiecznie. Pewnie ten teren jest obwodem łowieckim i w tym lesie na pewno odbywają się polowania. Nie wiemy, czy polowanie nie odbywa się w tym momencie. Więc stąd, stąd, czy stąd zawsze taki strzał może paść. Według niego powód jest jeden. Uważa, mianowicie, że myśliwi strzelają bardzo często do nierozpoznanego celu, a dzisiejsze myślistwo nie ma już nic wspólnego z tradycją.
To zabawa w zabijanie – twierdzi.

Nie jestem ekologiem, których to ludzi podziwiam jednak za ponadprofesjonalne zaangażowanie i ich wytrwałą walkę. Również i mnie, jednak, zdarza się jeździć rowerem i udawać na wielogodzinne piesze wędrówki i to nie tylko po drogach asfaltowych wiodących lasem i polami, ale również po leśnych ścieżkach i duktach. Często na obszarach, niewątpliwie uznawanych za łowieckie, bo zwyczajnie można tam spotkać i obserwować zwierzęta.

Czy dlatego, że mamy w Polsce 120 tys. myśliwych z Bożej łaski, w większości podobnych do przysłowiowej trąbki, to mamy im oddać nasze polskie pola i lasy w wyłączne władanie z obawy przed tym, że skądkolwiek może nadlecieć wymierzona w naszą głowę kula?
W naszym wolnym kraju mamy się poczuć jak w ogarniętych walkami Kosowie lub Bejrucie, gdzie snajperzy strzelali równo do mężczyzn, starców, kobiet i dzieci?

Gdzieś tu tkwi wielkie nieporozumienie!!!

To, bowiem, nie ta garstka myśliwych, ale cała reszta 99,7%, czyli 38 330 tys. pozostałych mieszkańców naszego kraju o powierzchni 312 679 km kwadratowych powinna mieć wyłączność na jego użytkowanie.
Na te 0,3% myśliwych przypada z tego obszaru zaledwie 976 km kwadratowych. My pozostali możemy, zatem, od biedy zgodzić się na wydzielenie tuzina ośrodków zamkniętych, każdy o promieniu 5 km (dużo większym od zasięgu najlepszej broni myśliwskiej), przeznaczonych na rzeźnie dla dzikich zwierząt, podobne do tej, jaką myśliwi już uczynili z terytorium całego kraju.
Myśliwi mieliby prawo strzelania jedynie z kręgu ambon umiejscowionych w ścisłym centrum takiego obszaru.
Należałoby je rozmieścić tak, aby pozostawały wszystkie w polu widzenia pozostałych uczestników polowania, którzy mogliby dzięki temu uniknąć wystrzelania się wzajemnie w myśliwskim ferworze. Nagonkę zastąpiłby system audio (z ewentualnym uwzględnieniem prostych robotów mechanicznych).
W samym epicentrum płonąłby wieczny ogień oświetlający pokotem leżącą zwierzynę, ściąganą tu z przedpola w krótkich okresach „zawieszenia broni” na kołkach owych wież wartowniczych, a potrzebnych na konsumpcję bigosu z piwem i wódką „bezalkoholową”, celem wzmocnienia, aby mieć siły do dalszego podjęcia tej „żmudnej” pracy.
Każdy z 12 ośrodków OHZ otoczony by musiał być wysokim betonowym płotem na całym obwodzie długości 31 km.  Konstrukcje takie powinny być zbudowane wyłącznie z funduszy składkowych 12 takich okręgów PZŁ, bez prawa do odpisania sobie ich od podatku dochodowego składkowiczów.

OHZ12

Projekt jednego z 12 ośrodków OHZ zaproponowanych przez autora

Z centrum do świata zwykłych ludzi winien przy tym prowadzić tunel podziemny z dwupasmową jezdnią, najlepiej z parkingiem podziemnym pod centralnym kręgiem. Tym samym tunelem powinny być tam dostarczane zwierzęta odłowione do pułapek w pozostałych lasach kraju. Liczba odławianych w ten sposób zwierząt nie powinna nigdy przekraczać 0,3% ich łącznej populacji rocznie. Regulację ich liczebności powinno zostawić się naturze. Do lasów powinny powrócić wilki. Przy wielkiej obfitości zwierzyny płowej, obawy przed atakami na ludzi można będzie między stare myśliwskie bajdy włożyć. Dziki (tylko te) wchodzące w szkodę, powinny być usypiane i przewożone do jednego z takich 12 najbliższych „ośrodków hodowli” OHZ jako specjalny „bonus” dla dzikarzy.

Tymczasem oto co mamy:
Jak możliwa jest nowelizacja prawa myśliwskiego, zakazująca w gruncie rzeczy wchodzenia nam do lasu, na pola i łąki?
Czy to możliwe, aby myśliwi stanowili większość parlamentarną? Jeśli tak, to od dziś, obok zeznania o źródłach dochodów, kandydatów do Sejmu i Senatu powinna obowiązywać deklaracja o przynalezności do PZŁ. A wspomniane konstrukcje powstaną szybciej niż im się wydaje. Zresztą ich prominentni przedstawiciele już regularnie korzystają z ich miniaturowych wersji. Vide Grodno pod Toruniem, 11 lutego, 6 rano: Minister Szyszko na polowaniu na bażanty.

Powstaje też drobne pytanie? Czy minister Szyszko zapłacił za upolowane ptaki? Czy może zapolował na koszt podatnika?

Złoty podział łupów

Sprawa, po bliższym przyjrzeniu się, wg zasady gdy nie wiesz o co chodzi, chodzi o pieniądze,  okazuje się najzupełniej przejrzysta.

Kolejne czynności myśliwego uzależnione są od tego czy zamierza on spożytkować tuszę we własnym gospodarstwie, czy też przeznaczyć do punktu skupu zwierzyny. 

 Za dostarczoną do skupu sztukę zwierzyny myśliwy dostaje rekompensatę w postaci  tzw. zryczałtowanych kosztów pozyskania zwierzyny. Oblicza się je następująco (przykład sarna):
– Tusza sarny waży 18 kg,
– cena skupu sarny 10 zł za 1 kg,
– 18 kg x 10 zł= 180 zł – 180 zł stanowi wartość tuszy.

Myśliwy otrzymuje rekompensatę od koła łowieckiego stanowiącą 20% wartości tuszy upolowanej zwierzyny:
80 zł x 20% = 36 zł – należy pomniejszyć o 19% podatku dochodowego. (6,80 zł)
Czyli za 1 sarnę dostanie ciut mniej niż 30 zł na rękę.

Zwierzyna na użytek własny myśliwego
W przypadku, gdy myśliwy bierze tuszę na użytek własny, musi za nią zapłacić według wartości ceny skupu pomniejszonej o zryczałtowane koszty pozyskania. Oblicza się je następująco (przykład sarna):

Tusza sarny waży 18 kg, cena skupu sarny 10 zł za 1 kg, 18 kg x 10 zł = 180 zł – 180 zł stanowi wartość tuszy.
Myśliwy płaci do koła łowieckiego kwotę stanowiącą 80% wartości tuszy upolowanej zwierzyny: 180 zł x 80% = 144 zł
i dodatkowo zapłaci podatek od 20% wartości tuszy stanowiącej zryczałtowane koszty pozyskania.  56 zł x 19% = 10,60 zł

Sarna na własne potrzeby kosztuje go zatem ponad 150 zł. (Nieco ponad 8 zł za kg.)

Tzn. gdy myśliwy zabije 6 saren, ma jedną zupełnie za darmo dla siebie !

Zwykły myśliwy rzadko dostaje zgodę na ustrzelenie więcej niż 1 sarny w 1 polowaniu. (Ale nic nie przeszkadza mu wziąć udziału w 6 polowaniach.) „Niezwykły” myśliwy może sobie strzelać „skolko ugodno” (tłumaczenie: „do oporu”).  Z powyższej „złotej” proporcji 5:1 wynika, że z 240 kg ustrzelonych 200 ptaków,  pan minister może sobie do domu zabrać 40 kg (2 pełne kosze w bagażniku po jakieś 15 ptaków „o zdrowym, ekologicznym mięsie bez konserwantów” w każdym). Resztę Pan Główny Łowczy Koronny dostarczy sam do skupu ciężarówką razem ze swoją drugą połową pokotu. To stąd ta ilość trafień.

Gdyby „złota” proporcja była prawdziwie „Złotą Proporcją” (divina proportio):

(s+w)/s=s/w, tzn. 200/s=s/w, czyli 200 x w = s x s, a stąd w=80 ptaków na cele własne za oddanych do skupu s=126 ptaków, pan minister mógłby zadowolić się zabiciem „jedynie” 75 ptaków nadal zabierając swoje 30 gratis. No, ale kto tam w PZŁ przejmował by się jakimś innym złotem poza własnym?

Co ciekawe, to samo prawo łowieckie nakazuje:

Patrochy należy zakopać, w żadnym wypadku nie należy pozostawiać w łowisku.

A tak to wygląda w praktyce (Uwaga: !!! okropny widok !!!)

Opublikowano aktualności, myślistwo, polityka, praca, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Wyklęty – Zachowali się jak trzeba – Katowice – Światowid

Na przedpremierowym pokazie filmu „Wyklęty” w Katowicach

reżyser Konrad Łęcki opowiada o pomyśle filmu i problemach z jego realizacją oraz o obsadzie… w Dniu Żołnierzy Wyklętych 1.03.2017. Film młodych dla młodych. Prawdziwe kino przełomu.

Opublikowano aktualności, film i literatura, muzyka, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , | Skomentuj

Wyklęty – 1 marca – Dzień Żołnierzy Wyklętych

Dziś, o 19-tej w katowickim kinie „Światowid” odbędzie się przedpremierowy pokaz filmu Konrada Łęckiego „Wyklęty”.
„Wyklęty” to oparty na faktach film, którego akcja toczy się w Polsce, w drugiej połowie lat 40-tych.

Jego bohaterami są członkowie zbrojnego podziemia niepodległościowego, walczący z władzą ludową o powojenny kształt Polski.

Zwiastun filmu

Ludzie, którzy mimo olbrzymiej przewagi resortu bezpieczeństwa, wspieranego przez radzieckie NKWD, walczyli do końca o naszą sprawę -  o wolną Polskę:

1 marca – Dzień Żołnierzy Wyklętych

1 marca 1951 r. w więzieniu na warszawskim Mokotowie, po pokazowym procesie, zostało rozstrzelanych siedmiu członków niepodległościowego IV Zarządu Głównego Zrzeszenia „Wolność i Niezawisłość”. 1 marca obchodzony jest jako Dzień Żołnierzy Wyklętych.

Ruch Oporu bez Wojny i Dywersji Wolność i Niezawisłość w swym szczytowym okresie działania (lata 1945–1946) skupiał od 20 do 25 tys. członków. Powstał 2 września 1945 r. I choć miał AK-owskie korzenie, to jego zadaniem nie była walka zbrojna, lecz tajna działalność polityczna. „Musimy przygotować się i przystąpić do walki w odmiennej, nowej formie, o niezmienne, podstawowe cele, o pełną suwerenność, rzeczywistą demokrację w duchu zachodnioeuropejskim” – napisali twórcy WiN w dokumencie programowym.

Dokładniej swe cele sformułowali w dokumencie „O wolność obywatela i niezawisłość państwa”. Mówił on m.in. o konieczności zagwarantowania w Polsce wolności słowa, przekonań politycznych i zrzeszania się. Domagał się zaprzestania represji wobec opozycji oraz żołnierzy podziemia.

Opublikowano aktualności, film i literatura, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj

Horodeński i Horodycki

Na ostatnie Walentynki otrzymałem od żony książeczkę Andrzeja Horodeńkiego, która w sposób syntetyczny wypowiada się nie tylko „W sprawie Pana Boga”[1], ale także przeciwstawianego jej zazwyczaj światopoglądu materialistycznego.

Ponieważ sam dokonałem udanej (jak może niezbyt skromnie sądzę) syntezy obu, która jest w stanie zadowolić zwolenników obu opcji, z zainteresowaniem przeczytałem, m.in., co następuje:

„W swych przypuszczeniach Wheeler posunął się jeszcze dalej: czasoprzestrzeń wypełniona jest i organizowana przez coś w rodzaju wszechobecnej, kwantowej świadomości.” [s.45]

Warto dodać że Autor dokonuje poprawnej syntezy myśli Huegha Everetta III i Dawida Deutscha, a także omawia równie syntetycznie (i na ogół bez większych zastrzeżeń) możliwe reperkusje filozoficzne dokonań fizyki współczesnej, co już samo w sobie nastraja przychylnie do tej lektury.

Zanim przechodzi do „projektu inteligentnego”, przywołuje holograficzny model wszechświata i wynikające zeń sugestie Richa Tellera, że: „Nasza rzeczywistość jest w istocie rzeczywistością wirtualną!” [s.67] , zaś „Programista to my sami. My sami w przyszłości! Ściślej – nasi potomkowie, którzy osiągnęłi tak wysoki poziom rozwoju, że są w stanie generować komputerowo wirtualne z ich punktu widzenia światy – na tyle doskonałe, by wyposażyć ich mieszkańców w świadomość.”

W mojej opinii pogląd ten grzeszy tą samą niespójnością logiczną, jaka obarcza hipotezę panspermii. Otóż życie i inteligencja musiało wpierw powstać w jakiejś w pełni rzeczywistej (a nie wirtualnej) rzeczywistości. O ile deiści nie mają z nią problemów, ponieważ usuwa ją hipoteza bliżej nieokreślonego Stwórcy, o tyle materialiści mogą spokojnie odrzucić obydwa poglądy, jako… nadmiarowe (z punktu widzenia zasady Ockhamy).

Odrzucam, zatem, pogląd o wirtualnym charakterze naszej rzeczywistości złożonej z kwantowych pikseli. Podane cytaty nadal jednak dobrze komutują z garścią moich wcześniejszych przemyśleń, jakie z kolei zawdzięczam, przynajmniej w pewnej mierze, lekturze innego prostego, równie jak poprzedni syntetycznego tekstu, tym razem autorstwa Michała Horodyckiego, pt. „Niezwykłe cechy informacji kwantowej”, z 2001 r.[2]

Chociaż są one w istocie owocem wieloletnich wcześniejszych rozważań i myślowego „odkrywania” kolejnych modelowych konsekwencji zarówno mechaniki kwantowej, jak i teorii względności.

Pomiar dokonany na układzie kwantowym oprócz klasycznego wyniku, będącego efektem dekoherencji, zmienia też stan samego układu kwantowego, nie zmieniając jednak jego kwantowoukładowego charakteru.  Toteż układ taki nadal ewoluuje kwantowo, wychodząc od tego nowego, zmienionego pomiarem stanu.

Gdy elektron zostanie oświetlony fotonem tuż przed jedną ze szczelin, przez które w przeciwnym razie przejdzie jednocześnie w swym splątanym stanie, to musi wystartować z miejsca jego lokalizacji (dekoherencji), które staje się teraz jego nowym wyjściowym stanem położenia przy określonym jednocześnie z dokładnością do zasady Heisenberga pędzie. Zasadniczo ma on ponownie szanse przejścia przez obie szczeliny naraz. Ale będą to szanse wybitnie nierówne i dlatego w praktyce nie zaobserwujemy wzoru interferencyjnego takiego elektronu samego ze sobą (jak to ma miejsce w bardziej symetrycznej konfiguracji wyjściowej), ponieważ amplituda prawdopodobieństwa przejścia przez drugą szczelinę będzie od pewnego miejsca zbyt nikła, abyśmy mogli zmierzyć ją naszymi przyrządami w miejscu ekranu (dynamika przyrządu będzie za mała dla wychwycenia obrazu interferencyjnego z dominującego obrazu dyfrakcyjnego pierwszej szczeliny).

Wykonanie pomiaru oznacza nic innego, jak doprowadzenie do oddziaływania jednego układu kwantowego (badanego obiektu)  z drugim (z przyrządem pomiarowym).

Jednak, izolowane łącznie, pozostaną one nadal w wyższym splątanym  stanie kwantowym obejmującym oba te podukłady. Dopiero włączenie trzeciego, świadomego podukładu (który „zmierzy” wynik przyrządu w kolejnym procesie pomiarowym „odczytując” go, doprowadzi do dekoherencji tego podwójnego układu.

I ponownie cały potrójny układ pozostawiony w izolacji (bez oddziaływania) z otoczeniem, pozostanie w wyższym stanie splątanym, dopóki inny zewnętrzny układ nie wejdzie z nim w oddziaływanie. I tak aż do wyczerpania zasobów wszystkich podukładów wszechświata mających potencjalnie zdolność do oddziaływania przynajmniej jednopunktowego ze sobą w taki sposób, aby utworzyć łańcuch połączeń wyczerpujący zbiór takich podukładów. W efekcie końcowym będziemy mieli do czynienia z brakiem kolejnego układu zdolnego do pomiaru i cały super układ będzie w stanie najwyższego splątania.

Taki układ w takim stanie nazywamy multiwersum. Z uwagi na wielokrotność połączeń (współzależności) jednostkowych procesów pomiarowych multiwersum rozpada się na gęstą sieć światów, pośród których funkcjonuje świadomość. Stanowi ona w istocie rozwidlające się wielokrotnie pole świadomości, w których określone strumienie kwantowe przepływu informacji budują w sytuacjach lokalnych pomiarów ciąg chwilowych wyników pomiarów (lokalnych dekoherencji o określonym prawdopodobieństwie, tworzących w efekcie ścieżkę klasycznego procesu losowego) nieświadome równolegle splątanych z nimi na poziomie chociaż jeden już tylko stopień wyższej komplikacji rozpadu w takim węźle pomiarowym swojego stanu, który pozostaje splątany na tym wyższym poziomie.

Tzn., na tym wyższym poziomie efekt działania przyrządu pomiarowego, a następnie i naszych oczu/umysłu pozostaje złożoną operacją na spójnym układzie kwantowym.

W istocie, dopiero dzięki mechanice kwantowej widać, w jaki sposób należy to przeprowadzić, tzn. co można uznać za zdarzenia elementarne, jak również, jakiego mechanizmu użyć dla ich hierarchizacji (uporządkowania).

Zbiór takich zdarzeń rozpada się na linie, którymi możemy połączyć kolejne węzły pomiarowe, podukładów, które są w stanie dokonać wzajemnych pomiarów. A pomiar jest potencjalnie możliwy w każdym punkcie operacji poddawania układu ewolucji w czasie, przynajmniej  z punktu widzenia układu nadrzędnego. To, że pomiar taki częstokroć nie zachodzi (świadomie nie realizujemy go), rzutuje na ostateczny obraz naszego klasycznego przebiegu stochastycznego.

Zatem, możemy wyjść od siatki zdarzeń obejmującej wszystkie elementarne operacje ewolucji, tak jakby dokonano bezpośrednio po nich pomiaru ich efektu. Jednak nasza klasyczna trajektoria w tak zbudowanym klasycznym multiwersum będzie obejmowała każdorazowo tylko nikłą część węzłów (rozgałęzień). Jest tak dlatego, że w ramach naszego umysłu rozgrywają się analogiczne procesy kwantowe, w których realizowane są określone wybory, jakich dokonujemy metodą refleksyjnego/zwrotnego wartościowania wyników procesów myślowych. Tylko wyselekcjonowane przez nas w ten sposób wyniki są aplikowane do otaczających układów, poprzez dokonywanie zaplanowanych w ten sposób pomiarów, które wpierw rozegrały się w „wirtualnej rzeczywistości” naszego umysłu.  Nie oznacza to, bynajmniej, że były one nierzeczywiste. Owszem, były. Rozegrały się jednak w przebiegach w izolowanym układzie naszego mózgu. Izolowanym na tyle, żeby zwyczajnie nie być w stanie podjąć wielu działań potencjalnie możliwych, a nie na tyle, żeby w trakcie ich przebiegu nie uwzględnić makroskopowych przemian będących wynikiem autonomicznie rozwijających się procesów fizycznych w otaczającym świecie jak i analogicznych działań podejmowanych przez inne podmioty świadome (w tym zwierzęta zdolne do powstrzymania się od przynajmniej części zachowań typu impuls-reakcja; tzn. tych, które są w stanie wymodelować/antycypować możliwy przebieg zdarzeń, dokonać ich analizy i opartego na nich wyboru konkretnego pomiaru z pominięciem innych uznanych za mniej optymalne lub pożądane). Opis ten oddaje zatem istotę poszukiwanych od dawna mechanizmów wolicjonalnych, które czynią z istot zdolnych do świadomych wyborów istoty istotnie wolne, Przynajmniej w granicach pełnego pola możliwości (pełnego zredukowanego multiwersum klasycznego), z którego w każdorazowym kwantowym przebiegu ewolucji takiego układu wybieramy zestaw rozgałęziających się podścieżek pełnego multiwersum klasycznego. Inne pozostają w stanie kwantowego zawieszenia (splątania) w możliwym (niezaburzonym lokalnymi pomiarami) multiwersum kwantowym.

W chwili obecnej wchodzę w ciąg interakcji pomiarowych ze swoim komputerem, na którym wystukuję te właśnie słowa, chociaż w przeszłości wstrzymywałem się od takich konkretnie interakcji, w efekcie dokonanych wewnętrznych wyborów. Podobne słowa pozostały tam tylko w stanie potencjalnym. A dokładniej nie zrealizowały się w postaci realnej struktury na klasycznym multiwersum wszelkich możliwości. Pozostały tam w niezaburzonym przez  zewnętrzny układ pomiarowy splątanym stanie kwantowym. Tzn., nie uległy rozplątaniu  do zdarzenia klasycznego mogącego zbudować inną realną ścieżkę klasycznego procesu w potencjalnym multiwersum wszystkich klasycznych możliwości (w skrócie: pola wszystkich możliwości). Zbiór wszystkich takich rozgałęziających się procesów klasycznych realnie możliwych do wskazania przy jednokrotnym przebiegu możemy nazwać multiwersum wszystkich klasycznie zrealizowanych możliwości (w skrócie: pola zrealizowanych możliwości).

Nie należy sądzić, że przebieg jest jednorazowy. Jednak jego charakter określa realną strzałę czasu. A to z kolei oznacza, że może być on traktowany jak fala rozchodząca się po multiwersum wszystkich klasycznych możliwości w postaci pola zrealizowanych możliwości. Możemy to postrzegać przez odległą analogię do fononu przebiegającego siatkę krystaliczną. Fonon jednak ulega wielu odbiciom i zwykle nie ma wpływu na strukturę sieci. W dogodnym modelu pole zrealizowanych możliwości możemy uznać za pole odnawialne. Tzn. po pełnym przebiegu następuje kolejny, który modyfikuje wszystkie możliwości do postaci innego pola zrealizowanych możliwości, wynikającego z innego zestawu wyborów dokonywanych przez byty świadome. Pole zrealizowanych możliwości staje się zatem tworem dynamicznym o w pełni realnym charakterze w pustej wydmuszce przestrzeni wszystkich możliwości.

W opisanym obrazie na splątane multiwersum kwantowe (w skrócie: multiwersum kwantowe) nakładana jest klasyczna wirtualna struktura wszystkich możliwości, w ramach której realizuje się rzeczywista struktura zrealizowanych możliwości. Ta ostatnia nie jest jednak jednym światem, a rozgałęziającą się i wielokrotnie przenikającą ich strukturą, w której gałęziach dokonujemy kolejnych równie realnych wyborów, jak w tych biegnących obok równolegle. Ważne jest to, że dokonujemy w nich z grubsza zbliżonych wyborów wartościujących (etycznych). Efektem jest pole zrealizowanych możliwości o charakterze zgodnym z tymi lub innymi polami wartości ewoluującymi wraz z nami na przestrzeni realizującego się pola zrealizowanych możliwości.

Oczywiście wybory dokonywane w jednym przekroju pola zrealizowanych możliwości rzutują na kształt całej pozostałej do wyboru podprzestrzeni wszystkich możliwości  i ostatecznie na finalny kształt pola zrealizowanych możliwości w jednym przebiegu.

Każdorazowy pomiar budujący zrealizowane możliwości zmienia też kształt multiwersum kwantowego, bo jest on zależny od wartościującego wyboru o na ogół wielu możliwych alternatywach równowartościowych. Konkretny ich wybór jest właśnie węzłem naszego wolnego wyboru. Struktura multiwersum kwantowego również, zatem, ewoluuje z każdym przebiegiem. A to oznacza, że każdy przebieg rodzi nową potencjalnie możliwą strukturę wszystkich możliwości, w ramach której następuje nowe otwarcie. Oczywiście konieczna jest nadal weryfikacja spójności logicznej wszystkich trzech poziomów multiwersalnych, oraz ich rozdzielania i ewolucji w zamkniętej trójmultiwersalnej trójni logicznego wynikania: wszystkie możliwości, zrealizowane możliwości i multiwersum kwantowe, zapewniającego jej ewolucję przy każdorazowym cyklu odnowienia na nowej bazie multiwersum kwantowego. Wierzący chrześcijanie mają tu pełne prawo doszukiwać się analogii z Trójcą Świętą, w której pole wszystkich możliwości gra rolę Boga Ojca, zrealizowane możliwości jego Syna a multiwersum kwantowe – Ducha Świętego. W ten sposób uzyskujemy harmonię powyższego obrazu fizykalno-matematycznego z najważniejszymi ideami jednego z głównych nurtów religijnych obecnych w naszej globalnej kulturze.

 Wyznawcy wielu pozostałych religii również mogą w nim odszukać paralele zgodne ze swoimi systematami. Np. hinduizm znajdzie tu realny cykl wiecznej reinkarnacji bytów w dążeniu do ich samodoskonalenia się w jasnych wielokrotnych cyklach światłości, naprzemiennie z cyklami pogrążania się w czarnych okresach pogłębiających się cykli upadku. Brahma, Wisznu i Siwa również znajdą tu w ten sposób swoje odpowiedniki, chociaż w nieco odmiennym miejscu opisywanej wyżej koncepcji.

Brahma the Creator, Vishnu the Preserver, and Shiva the Destroyer.

Ponieważ jest to byt fizykalny ewoluujący niczym ameba poruszająca się i zmieniająca wraz z mikroskopijną kroplą wody zawieszoną gdzieś w powietrzu, możemy tę analogię rozciągnąć na aerozol wszystkich możliwych takich kropli, tworzących zamknięte, ewoluujące przy kolejnych przebiegach, zwarte multiwersa kwantowe zawieszone w obejmującej je przestrzeni uniwersum. I ten obraz jest jeszcze bliższy wyobrażeniom hinduizmu, których możemy tej doktrynie światopoglądowej jedynie pozazdrościć dzięki łatwości asymilacji nakreślonego wyżej obrazu fizykalno-matematycznego, która nam, zrodzony w kulturze Zachodu, przychodzi z najwyższym trudem.

Z całą mocą należy tu podkreślić, że jest to jeden z wielu możliwych modeli, co do których rozstrzygającej zasadności rozstrzygnięcia nie możemy dziś nawet się zbliżyć. Przykładowo sam model włączania powtórnego przebiegu dopiero po dotarciu do kresu może być nie do obronienia. Równie dobrze przebieg może mieć charakter postępowo-oscylacyjny  lub przypominać jakikolwiek znany model ruchu niezliczonych rodzajów znanych nam żywych mikroorganizmów zdolnych do tego rodzaju aktywności. Być może, zatem, zbiór multiwersów w uniwersum przypomina kolonię ameb, być może nawet przemieszczających się w nim jakimś ruchem oscylacyjnym.

Możemy też tylko spekulować, co się może rozgrywać w przestrzeni uniwersum, tzn. czy obiekty trójmultiwersum mogą wchodzić w niej ze sobą w jakiś rodzaj superinterakcji, tak jak przebiegi są formą pewnego „nadruchu”, bo przecież nie rozgrywają się w czasoprzestrzeni, tylko w ramach ewoluującego od przebiegu do przebiegu trójmultiwersum. Nakreślony obraz nie musi okazać się spójny logicznie przy dalszych dociekaniach. Dlatego należy podjąć próby modelowania trójmultiwersum w oparciu o istniejące i funkcjonalne analogiczne formy organizacji materii w znanej nam przestrzeni trójwymiarowej.

Ponownie nie uzyskujemy żadnych logicznych gwarancji skuteczności uzyskanych tą drogą modeli. Jednakże możemy je w ten sposób uprawdopodobnić w niewyobrażalnym dziś dla nas stopniu, po prostu przez pełną analizę struktury takich funkcjonalnych rzeczywistych obiektów i próbę ich przeniesienia na modelowe nadstruktury trójmultiwersalne.

Dlatego w przyszłości warto zająć się przynajmniej wstępną analizą morfologiczną tego typu możliwych obiektów trójmultiwersalnych, które mogą dostarczyć lepszych modeli zwartych ewoluujących multiwersów niż opisany wyżej model wyjściowy. Być może zarazem bardziej przydatnych do opisu morfologii wynikowego pola zrealizowanych możliwości w sposób zapewniający logiczne przepływy między poszczególnymi elementami trójmultiwersum i gwarantującymi zarazem zakładane mechanizmy, mogące rzutować na zasadność fizyczną i obiektywny charakter procesów wolicjonalnych.

Na zakończenie warto przypomnieć, że chociaż każda elementarna operacja ewolucji  dokonana na układzie kwantowomechanicznym nosi charakter deterministyczny, to z uwagi na to, że dokonywana jest na stanie splątanym, prowadzi ona do innego nieokreślonego stanu splątanego. Dlatego określony wynik pomiaru na takim układzie uzyskamy tylko z pewnym prawdopodobieństwem, a nie – jak to ma miejsce w obliczeniach klasycznych – w sposób jednoznacznie zdeterminowany programem i wprowadzonymi danymi początkowymi.

Tzn., w odróżnieniu od komputera klasycznego, w którym zawsze dostaniemy z całą pewnością dokładnie ten sam wynik, ile razy byśmy go nie uruchomili, wynik obliczeń komputera kwantowego może być za każdym razem inny (w obrębie pewnej możliwej do uzyskania klasy rozwiązań). Gdyby, zatem, nasz świat miał budowę komputera klasycznego, pole wszystkich możliwości byłoby w nim tożsame z polem zrealizowanych możliwości. Bez miejsca dla multiwersum kwantowego. W świecie myślicieli klasycznych brak tego ostatniego można porównać jedynie z brakiem Ducha Świętego w Trójcy chrześcijaństwa, czy jego zaprzeczenia (Sziwy) w analogu takiej trójcy hinduizmu, i konieczności logicznego pogodzenia się z brakiem fizycznej możliwości opisu procesów rzeczywiście wolicjonalnych, a zatem z brakiem rzeczywistego charakteru wolnej woli.

Dziś możemy ten impas (i ból egzystencjalny naszych niedawnych protoplastów) nareszcie przełamać, co oznacza, zapewne, że jesteśmy na dobrej (nie tylko z Kantowsko etycznego punktu widzenia) drodze poznania.

[1] A. Horodeński, Śledztwo w sprawie Pana Boga, WAB, Warszawa 2013.

[2] M. Horodycki, Niezwykłe cechy informacji kwantowej, Materiały XXXVI Zjazdu Fizyków Polskich, Toruń 2001.

Opublikowano film i literatura, kościół, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , , | Skomentuj

Wziąść czy wziąźć?

Przyznam się, że przynajmniej ja, który całe życie zastanawiałem się jedynie nad tym, czy przypadkiem forma wziąźć nie góruje nad jakże elegancką wziąść, poczułem się niezmiernie dotknięty, gdy okazało się, że jakże nierównie nieelegancko (arbitralnie i nakazowo) wyrzucono tę (lub – jak niektórzy wolą – tą) moją ulubioną, o jakże zacnych  staropolskich korzeniach i powszechnie dotąd stosowaną formę literacką z języka polskiego, a moi rozliczni znajomi zaczynają mi ją wytykać jako „z gruntu niepoprawną”, wskazując na dowód, że… nie występuje ona w sjp.pl.

A (co dla przywykłych mówić i pisać wziąć oczywiste) co nie występuje w SJP, to nie istnieje w sferze kultury godnej tego miana. Zdają się na ten drobny moment zapominać, że język jest żywą strukturą kulturową i wyrządza mu się niepowetowaną szkodę sztucznymi – jak ta wyżej – regulacjami lub… pominięciami. Tymczasem wiele form koegzystuje w nim zupełnie swobodnie i nikt owej spokojnej koegzystencji zwykle nie podważa. Chyba, że jakiś uznany lingwista używa z ekranu telewizyjnego jednej z nich.

Nawet wówczas, jednak, za karygodne nadużycie należałoby przyjąć przypisywaną Panu Profesorowi „figurę retoryczną”, w myśl której wyjaśniał on ponoć, dlaczego winniśmy używać „wziąć”, a nie „wziąść”, odwołując się (co nadal wydaje mi się bardzo mało wiarygodne, a jeśli prawdziwe to raczej nie przysparzające powodów do chwały) do porównania, w myśl którego, rzekomo jedno słowo wywodzi się od ‚brać’, a drugie od ‚kraść’… zaiste, przedziwna to by była motywacja lingwistyczna.

Dlatego również uważam, że trwa „Celowe zaprzestawanie rozwoju Języka Polskiego, spowodowane kontrolą RJP. Według założeń, rada ta powinna ułatwiać, a nie utrudniać…- Oczywiście nie wchodząc w szczegóły.”

Wróćmy jednak do „sfery kultury godnej tego miana”.

Gdy w Dziadach cz. 3. największy nasz Wieszcz Narodowy pisze

SENATOR
Napisz grzecznie, niechaj czeka.
(Zamyśla się)
A propos – ten Kanissyn – trzeba mu wziąść syna
Pod śledztwo. – Oj, to ptaszek!

to, czy uwłacza w ten sposób naszej kulturze językowej? a może brzmi tu cokolwiek  archaicznie? dla mnie – bynajmniej…
Podobnie, gdy nasz największy prozaik (nota bene od czasów gąbrowszczyzny odsądzany od czci i wiary), pierwszy nasz laureat nagrody Nobla w dziedzinie literatury (1905), pisze (kanoniczną po dzień dzisiejszy Polszczyzną) ku pokrzepieniu serc, w czasach, gdy Polski zwyczajnie nie było na mapie świata:

„pojechać, oświadczyć się z miejsca i albo po przyspieszonych zapowiedziach ślub wziąść, albo …”
„Że przepadnie, czuł to pan Wołodyjowski doskonale; bo pominąwszy pannę, którą przez ten czas inny wziąść może…”

to, czy uwłacza w ten sposób w jakiś sposób kulturze języka polskiego?

Dr M. Samuel Linde (Słownik Języka Polskiego – Warszawa 1812r.) uwzględnia zarówno wziąść i wziąźć (co odpowiada po części na moje wcześniejsze rozterki sprzed jakże skundlonej na mój gust epoki wziącia).

Podobnie Słownik języka polskiego, red. Jan Karłowicz, Adam Kryński, Władysław Niedźwiedzki, t. VII, s. 1156:

wziąść

Czy przyczyna może tkwić w tym niepozornym krzyżyku? Łatwo uznać, że oznacza on wykluczenie, jeśli nie zechce się sprawdzić w indeksie skrótów, że oznacza po prostu „mało używany”:

malouzywany

W słowniku ang.-pol. (c) Random House Inc. z 1988 roku, na stronie 371 koegzystują ze sobą spokojnie obie formy, czyli wziąć i wziąść = take (a bynajmniej nie steal).

Poprawna wymowa to [vźońć], nie [vźoJść] (znakiem [J], z braku lepszego, oznaczyłem tu nosowe [j]). W zacytowanej wypowiedzi zwraca uwagę też fragment: „(…) aby nie była to forma hiperpoprawna, a błędna”.
- Mirosław Bańko, PWN

Na tej podstawie przewiduję, że „hiperpoprawne” wziąć ewoluuje wkrótce także w pisowni we wziońć :)

w owym słowniku [SJP] uwzględnia się wyrazy takie jak: oń, doń, zeń, nań (które już dawno temu przestało się używać), a takiego słowa jak „wziąść” nie ma, kiedy większość Polaków tak mówi. (Wyjątkiem jest dialekt częstochowski, w którym pisze się: wziąść, a czyta: wziąś.) 

Co innego archaizmy, o których można się dowiedzieć, że nimi są, a co innego wiadome słowo. W przypadku „wziąść” mamy jednoznaczne stwierdzenie, że jest to forma od początku błędna (etymologia). Wydaje się jakby poloniści kompletnie nie zauważali tego, że była kiedyś uznawana, a czytając ich wyjaśnienia, można odnieść wrażenie, iż jest ona jakimś współczesnym wytworem „wsioków”.
[tamże]

„archaizm” jest to wyraz używany dawniej, który w dzisiejszej mowie całkowicie zanikł, bądź używany jest przy stylizacjach mowy. Podług tej definicji nie sądzę, aby etymologia była wyznacznikiem: co będzie archaizmem, a co nie.
Z moich badań językoznawczych nad J. Polskim wynika, że co kilkunaste słowo na przełomie wieków zmieniło się diametralnie w wymowie oraz piśmie, a co kilkudziesiąte odbiegło całkowicie od swojej rodzimej etymologii, często w wyniku używanych przez większość błędów.
[tamże]

Proszę zwrocić uwagę na fakt, że forma wziąść nie wyczerpuje powyższych znamion archaizmu, z uwagi na fakt, że nadal jest powszechnie używana (mimo szalejącej „cenzury” lub raczej szalonej niczym choroba Creutzfelda-Jacoba „cezury”, jaką wystawia mu SJP), a jedynym wyznacznikiem jej „niepoprawności” jest sztucznie wprowadzony nakaz językowy.

Chciałoby się zapytać za kolejnym wieszczem:

„Skądże przyszło wam do głowy
Napaść cichy Muz przybytek
I doktryny sztandar nowy
Na tak śmieszny wziąść użytek?
[Adam Asnyk]

Gdyby odpowiedź nie była natychmiastowo oczywista:

„Gdy zasługa wziąść się wstydzi,
Weźmie czelność – i wyszydzi”
[Kazimierz Brodziński]

Opublikowano film i literatura, innowacje, społeczeństwo | Otagowano , , | 1 komentarz

Jak maksymalizować ilość zwycięstw?

W 1612 podjęliśmy trwajacą od wieków grę geopolityczną, bo nam się wydawało, że jesteśmy już mającym o niej pojęcie graczem.

W niecałe 2 wieki później, po fali importowanych królów, już w 1795 nas… nie było.

Nie zginęliśmy jednak ze szczętem (dając się dziesiątkowąć najpierw w interesie Francji,

a potem w kolejnych zrywach typu Miasto 44).

Dlatego, gdy arena opustoszała po tym, jak prawdziwi gracze wzięli się między sobą za łby, odrodziliśmy się na tyle, aby pogonić kacapów uzbrojonych podówczas w karabiny na sznurkach i taczanki, po czym zaczęliśmy budować nową Rzeczypospolitą Trojga Narodów, jednak na naszych wyłącznych warunkach, gdyż znowu mieliśmy wrażenie, że jesteśmy liczącym się graczem i wiemy coś o tej grze.

Gdy już się odtuczylismy jako tako, okazało się, że jesteśmy tylko… tłustym broilerem, o którego rzucono… nasze własne kości. Nie zbudowaliśmy żadnej liczącej się siły zdolnej zrównoważyć (odstraszyć) potencjalnych agresorów, a to powinno stać się naszym priorytetem po wcześniejszych doświadczeniach.

W efekcie 200 tysięcy  ludzi zginęło w samej Warszawie w 2 tylko miesiące.  A 6 mln Polaków ogółem. W efekcie przez kolejne pół wieku staliśmy się pionkiem na szachownicy kolejnego zwycięskiego gracza.

Efekt generalny: Przez 170 lat z ostatnich 200 poprzedniego tysięclecia nie mieliśmy niezależnej państwowości, zdani na łaskę i niełaskę suwerenów, którzy robili z nami, co im się tylko żywnie podobało.

W 2003 roku zaczęło nam się ponownie wydawać, że znowu jesteśmy graczem i kierowani kunktatorstwem, a nie żelaznymi wymogami politycznymi, wzięliśmy udział w cudzej wojnie imperialnej. W efekcie nie mamy żadnych gwarancji, że NATO kląśnie choćby jednym półdupkiem, gdy spadnie na nas nie deszcz iskanderów, a kilka tylko: jeden wymierzony w Warszawę, drugi w aglomerację śląską a trzy pozostałe w kluczowe bazy naszego lotnictwa. Polska stanie otworem przed barbarią kolejny raz rzucona na łup i żer oprawców. Dlaczego? Bo nie potrafiliśmy się uzbroić w rakiety nuklearne i nawet do głupich łbów nam nie przychodzi, żeby uczynić to obecnie. Nasi bezrobotni fizycy masowo oddali swe zasoby CERNowi i LHC, zamiast spokojnie (z palcem) zbudować to, co niemal od wojny mają Angole lub Francuzi (w 7 i 15 lat po wojnie).
Za to za pieniądze, za które mogliśmy wybić się na niezależność polityczną, tuczyliśmy obce koncerny zbrojeniowe,  a to kupując pół wiekowej dawności samoloty myśliwskie, a to próbując się uzbroić w tak „agresywny” arsenał, jakim są Karakale.

To jako żywo przypomina nasze zabiegi sprzed wojny o uzbrojenie nas w karabiny i dostateczną ilość amunicji do nich. Podczas gdy bombardujące Łosie

i mające je wspierać lotnictwo, o broni pancernej i ppanc nie wspominając, pozostało w powijakach.
Ogółem w trakcie kampanii wrześniowej dywizjony bojowe wykonały 135 samolotozadań (sic!…). Zrzucono 119 ton bomb (sic!!…). Dywizjony straciły 26 Łosi, co stanowiło 58% ogólnej liczby użytych samolotów.”
A co z tą drugą połową? Otóż poleciały bronić… Rumunii (sic!!!) Może trzeba się było wywiązać z umowy?
W czerwcu 1939 r. zawarto umowy na dostarczenie samolotów wersji C: 20 sztuk dla Jugosławii, 15 sztuk dla Bułgarii w terminie do połowy 1940 r. W połowie lipca 1939 r. zawarto umowy na dostawę samolotów serii D: 30 do Rumunii, 25 dla Turcji.”
https://pl.wikipedia.org/wiki/PZL.37_Łoś

Tymczasem, gdyby zamiast kontraktować te 90 sztuk wykonano je w porę dla własnych potrzeb, to niewykluczone, że przy dobrej organizacji działań bojowych, to Berlin, a nie Warszawa mógł zostać pierwszy obrócony w perzynę:
126 łosi po 2,5 t bomb to 315 t bomb do zrzucenia w jednym zmasowanym nalocie, a w 10-ciu to 3000 ton. Nawet licząc 10% strat przy każdym nalocie, daje to 1200 samoloto-lotów, które dostarczyłyby nad Berlin 3000 ton bomb. Można je było odbyć (przy prędkości łosiów 400 km/h) nawet licząc 2 naloty dziennie w mniej niż 17 dni. Przy tak niskim udźwigu należało postawić na użycie bomb zapalających. Ruskie by się pięć razy zastanowili, a tego, co dalej nastąpiło,  by najpewniej nie miało prawa być, bo Hitler miałby zupełnie inne zmartwienia:
17 września, po agresji ZSRR na Polskę, przebywający pod Warszawą Adolf Hitler wydał osobisty rozkaz ostrzału artyleryjskiego Zamku Królewskiego
https://pl.wikipedia.org/wiki/Obrona_Warszawy_(1939)

ostatecznie ustalona liczba ofiar w Dreźnie nie przekroczyła 25 tys (…) Pod gruzami Warszawy legło, zmiażdżonych i zasypanych w 1939 roku przez niemiecką artylerię i bomby lotnicze, czterdzieści tysięcy. Powiedzmy to bardzo wolno: czter-dzie-ści ty-się-cy. A potem niech nam zamarznie na ustach słowo: Drezno
https://pl.wikipedia.org/wiki/Bombardowanie_Drezna

224 myśliwce osłaniające te formacje związać by mogły znaczną część sił Luftwaffe. Doliczając 172 liniowe Karasie i Czajki, mielibyśmy blisko 400 samolotów osłony.
http://www.1939.pl/uzbrojenie/polskie/samoloty/

Mieliśmy na jeden nalot do masowego zaoferowania Berlinowi:
90 ton – 36 łosi po 2,5 tony
10 ton – doliczajac 15 Żubrów po 0,66 ton
68 ton – 100-kę Fairey Battle I po 0,678 ton.
2 tony – inne (np. 2 Sumy po 0,6 ton, 1 Jastrzębia 0,1 ton)
======
170 ton w jednym skomasowanym nalocie

To, co prawda,  połowa mniej niż przy możliwych do zbudowania 126 Łosiach, ale o 50 ton więcej niż zużyliśmy w całej kampanii wrześniowej!!!
Do 17 września mogliśmy Berlin „poczęstować” 1500 ton bomb kosztem całego lotnictwa,  praktycznie wiążąc przy tym całe lotnictwo niemieckie w obronie Berlina w kluczowych pierwszych 2 tygodniach wojny i w efekcie (ze względu na wyczerpanie zasobów paliwowych wroga) uziemiając je na dobre.

Dziś sytuacja się powtarza, tyle że nie mamy ani jednej takiej sztuki broni operacyjnej do zaoferowania Moskwie w przeciwwadze dla Warszawy:

A przez 25 lat mogliśmy ją mieć nawet już ze 4 razy i to własnym sumptem.
https://pl.wikipedia.org/wiki/Państwa_posiadające_broń_jądrową

Nasze rakiety meteorologiczne Meteor 2K osiągały granice kosmosu już w 1970 roku.

Nic dziwnego, że suweren jeszcze w tym samym roku zabronił nam rozwijania tej technologii.  Przez ostatnie 25 lat dziś mogliśmy już konkurować przynajmniej z Indiami, Iranem, Koreą Pn., czy Pakistanem.

Teraz, zupełnie bezbronni, znacznie bardziej niż wówczas, po kolejnym dwudziestoleciu międzywojennym, zanim ponownie znikniemy z areny dziejów (tym razem niewykluczone, że na dobre), możemy już sobie odpowiedzieć na tytułowe pytanie „Jak maksymalizować ilość zwycięstw?” :

Wystarczy grać z nieumiejącymi grać.”

Opublikowano aktualności, badania kosmiczne, ekonomia, film i literatura, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , , | Skomentuj

Jak wygląda pojedyncza cząstka światła?

Pojedyncze cząstki światła nazywamy fotonami. Moglibyśmy powiedzieć, że ich strumienie przepływają falami jak strumienie cząstek wody w górskim potoku lub raczej wodospadzie, gdyby nieodgadniona ich własność: Każdy z nich zachowuje się nie tylko jak kula armatnia, ale także jak fala – podobna do tej, jaką wywołuje wrzucony do wody kamień.
Dlatego do niedawna tak wizualizowano foton:

?

Górna część w tym bardzo popularnym między fizykami przedstawieniu odpowiadała części falowej, a dolna korpuskularnej, czyli cząsteczce, za jaką uważany jest pojedynczy foton. Obie razem wyrażały kompletny brak wiedzy co do jego kształtu, nie mówiąc o samej jego naturze. I to wbrew temu, że wiedza o polu elektromagnetycznym stanowi najdokładniej chyba opisaną w tej dyscyplinie naukowej część rzeczywistości.
A foton odgrywa w niej pierwsze skrzypce.

Dziś po raz pierwszy możemy zobaczyć obraz pojedynczego fotonu utrwalony na tym hologramie:

hologram fotonu
Z lewej strony mamy rzeczywisty zapis doświadczalny. Z prawej oczekiwany (na gruncie wspomnianej wiedzy o kwantowym polu elektromagnetycznym) jego obraz teoretyczny.

A wszystko to zawdzięczamy naszym rodakom!

Coś co wydawało się niemożliwe do zobaczenia, nie tylko zobaczyli ale i zarejestrowali czterej polscy naukowcy z Wydziału Fizyki Uniwersytetu Warszawskiego. Odbyło się to, co prawda, w odwrotnej kolejności. Tzn. musieli wpierw zarejestrować, aby zobaczyć. No ale w tym akurat nie należy doszukiwać się niczego dziwnego. Oko ludzkie nie jest w stanie zauważyć zwykłego pojedynczego fotonu. Tzn. pojedynczej cząstki światła.
Dr Radosław Chrapkiewicz i mgr Michał Jachura pod kierownictwem dr. hab. Wojciecha Wasilewskiego i prof. dr. hab. Konrada Banaszka wykonali nie tyle zdjęcie, co pierwszy w świecie hologram pojedynczego fotonu. Ich wyczyn wywołał prawdziwy podziw i uznanie w gronie fachowców na całym świecie po tym, jak ich praca została opublikowana w jednym z najbardziej prestiżowych czasopism fizycznych – „Nature Photonics”.

1) www.sciencedaily.com

2) R. Chrapkiewicz, M. Jachura, K. Banaszek, W. Wasilewski. Hologram of a Single Photon. Nature Photonics, 2016 DOI: 10.1038/nphoton.2016.129

Opublikowano aktualności, innowacje | Otagowano , , , , , , | Skomentuj

Piękny i mądry list o wybaczenie Rzezi Wołyńskiej

W dzisiejszym „Naszym Dzienniku” ukazał się felieton Ewy Siemaszko. Z zainteresowaniem ruszyłem do kiosku, by zapytać o tę gazetę (chociaż na ogół żadnych już nie kupuję), bo zapowiedziano w niej odniesienie się do tytułowego listu. (Pewnym zaskoczeniem była już sama obecność tej gazety w kiosku, do którego wcześniej nie docierała.)
Ku mojemu dalszemu zaskoczeniu felieton nie pozostawia na wspomnianym liście suchej nitki. Mimo, że nie podzielam większości argumentów autorki, pozwolę sobie przytoczyć kilka fragmentów z uwagi na to, że – jak zdążyłem już zauważyć – odzwierciedlają one reakcję części ważnej, bo silnie opiniotwórczej grupy naszego społeczeństwa.

„Wydobywanie się z poprawności politycznej w Polsce w odniesieniu do ludobójstwa ukraińskiego, które godzi w kult OUN-UPA na Ukrainie, zarządzany państwowo uchwalonymi w ubiegłym roku tzw. historycznymi ustawami, wywołało kontrdziałania państwa ukraińskiego.”

„Gabinetowe rozmowy ma wesprzeć ogłoszone kilka dni temu przez grupkę ukraińskich polityków, duchownych i intelektualistów oświadczenie skierowane do społeczeństwa polskiego z apelem o ustanowienie wspólnie obchodzonego Dnia Pamięci Ofiar konfliktu polsko-ukraińskiego (sic!) [Podkreślenie Pani Ewy Siemaszko]. Niezależnie od treści oświadczenie dyskwalifikują postawy ich sygnatariuszy.”

„Treść oświadczenia wyraża strach przed prawdą o OUN i UPA i usiłowanie jej ukrycia”

„Wyłania się (…) prawdziwa intencja oświadczenia: w rewanżu za prośbę Ukraińców o wybaczenie Polacy powinni uznać zbrodnie ludobójstwa OUN-UPA za walkę o państwo ukraińskie i nie przeszkadzać Ukrainie w państwowej heroizacji zbrodniarzy.”

Nie zdruzgotany nie tyle „druzgocącym”, co zaskakująco jednostronnym felietonem w naszym nacjonalistycznym „Naszym Dzienniku”, którego autorka najwyraźniej musiała czytać jakiś inny list niż ten, który ja sam czytałem ;) stwierdziłem, że mogłem przecież przegapić coś w naszej prasie (której generalnie, jak już wspomniałem, nie czytam w wersji drukowanej) i postanowiłem odwiedzić nasz odpowiednik gazety.ua, jakim jest wyborcza.pl

I jest! Jest jakże gorzki artykuł Pawła Smoleńskiego, pod jakże adekwatnym tytułem: List piękny i mądry. Oto jego obszerne fragmenty:

Niewielu Polaków zauważyło ten ważny list. A jeśli, to prawicowe portale, podpięte pod obóz rządzący, który przygotowuje sejmową uchwałę o męczeństwie Polaków na Kresach i ma zagwozdkę tylko z datą (…)
Tak więc, zdaniem owych portali ukraiński list zamazuje historię, używa chwytliwej, kombinatorskiej formułki „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, na którą złapią się naiwni, i nie jest fundamentem pojednania. Trzy argumenty, z których dwa chcą Ukraińców obrazić, bo przyklęknęli, ale nie tak nisko, jak ponoć trzeba. Ostatni jest jak najbardziej prawdziwy.

Otóż ten piękny i mądry list nie jest fundamentem pojednania, gdyż – choć niesłychanie ważny, bo nigdy dość głosów, które chcą wyplenić nienawiść – to powrót w nurt tej samej rzeki.

Niemal w przeddzień 70. rocznicy zbrodni wołyńskiej przywódcy katolickich Kościołów obu państw we wspólnym (!) apelu odczytanym podczas wspólnej (!), polsko-ukraińskiej mszy żałobnej zaapelowali o pojednanie.
Przypomniano słowa kardynała Lubomyra Huzara z 2001 r.: „Jako zwierzchnik Kościoła greckokatolickiego pragnę przeprosić Braci Polaków za zbrodnie popełnione w 1943 r.

(…)
Arcybiskup Józef Michalik powiedział: „Jako przewodniczący Episkopatu Polski kieruję do Braci Ukraińców prośbę o wybaczenie”.

A swoją drogą – próbuję sobie wyobrazić, co by się stało, gdyby na list Episkopatu Polski do biskupów niemieckich z 1965 r., z formułką – jak piszą na prawicy – chwytliwą i zamazującą historię „przebaczamy i prosimy o przebaczenie”, nikt w Niemczech nie zareagował. Może powstałby kolejny polski list, i jeszcze jeden? A po drugiej stronie cisza.

Czasem mam wrażenie, że ukraińska cierpliwość nie ma granic. A głuchota polskiej prawicy (choć nie tylko) będzie dla nas zabójcza.

Ku mojemu niemałemu zaskoczeniu, okazuje się, że dotychczas pozostawałem w błędzie. Pierwsze słowa prośby o wybaczenie nie padły w omawianym liście. (Wszędzie dotąd spotykałem się jedynie z deklaracjami wskazujacymi na konieczność takich obopólnych przeprosin.) Tymczasem słowa te padły już z obu stron kilka lat wcześniej. :) A ja je zwyczajnie przegapiłem w natłoku informacji :(

Za to w obliczu trwającego „kontredansu”  polityków obu stron  wokół rzezi Wołyńskiej, o którym wspomina dzisiejszy „Nasz Dziennik”, to, na co natknąłem się przeglądając wpisy na polskich forach (czego od lat, zniechęcony, już nie robiłem), to prawdziwa perła.
Bardziej do mnie przemawia niż wszystkie dotychczasowe umizgi kolejnych polityków do swoich wyborców.
Pełny skrót (?) tego tekstu znalazłem tu.

Cytuję fragmenty w przekładzie na język polski Natalii German i Tetiany Serwetnyk, bo tylko takim przekładem dysponuję.

Autorem jest Antin Borkowski – ukraiński politolog i publicysta. Tekst ukazał się już dość dawno (2013 (?)) w ukraińskim niszowym kwartalniku kulturoznawczym „Ji” i dlatego zapewne na Ukrainie nie jest w ogóle niemal nikomu znany.
Oddajmy jednak głos Antinowi:

To my, Ukraińcy, musimy przeprosić za Wołyń. Bo to nasi przodkowie przelali tę krew (…)
Ukraina ciągle ma dylemat: przeprosić czy nie? Wyznać winę czy nie? Nadal nie ma u nas poczucia, że na Wołyniu doszło do przestępstwa przeciwko cywilnej ludności.

Kto zabił? A przecież jakoś zginęli
Przyzwyczailiśmy się do abstrakcyjnej krwi. Po Wielkim Głodzie, II wojnie światowej, represjach stalinowskich ofiary sąsiadów nie wyglądają przerażająco. Nie uczciliśmy zresztą jeszcze pamięci własnych ofiar. Dlatego Wołyń pozostaje bezosobowym obrazem w ukraińskich podręcznikach historii.

Kilkadziesiąt tysięcy polskich ofiar? Przecież Ukraińców ginęły miliony. Polakom od tego nie jest jednak łatwiej.

Historycy ukraińscy przypominają o polityce kolonizacji II RP, polscy – o OUN i UPA. Chciałbym wierzyć, że tych trupów nie było, że to brednie „polskich szowinistów”. Że liczby są zawyżone. Że wołyński mrok zrodzili Stalin i Hitler. Że jakoś tak to się stało. Samo.

Teraz wszyscy oni – wołyńscy zabójcy – są martwi. Żaden z nich nie będzie pokutował.

(…)

Dlaczego powinniśmy przepraszać? Nie dlatego, że oczekuje tego polski Sejm czy Parlament Europejski. Nie ze względu na partnerstwo strategiczne z Polską. Powinniśmy przeprosić, bo nasi przodkowie przelali ludzką krew. Zrzec się odpowiedzialności za tę krew to zrzec się pamięci o nich. I nie Polacy mają pochować kości wołyńskie, ale Ukraińcy. Wołyń to ziemia ukraińska. Czy Polacy pójdą naszym śladem? Oni mają swoje kości ukraińskie w zakamarkach historii. Niech decydują.

Pamięć lubi to, co słodkie, to, co złe – do lamusa. Ojciec zabił sąsiada – my jednak pamiętamy tylko, jak grał na skrzypcach. Bo dobrze grał. Jeśli jednak to był nasz ojciec, musimy znaleźć w sobie siły, by powiedzieć „przepraszam”, nawet nie mając nadziei, że usłyszymy w odpowiedzi „wybaczam”.

Za grzech niech każdy odpowiada sam. Z zabitymi Ukraińcami niech radzą sobie Polacy. Cudze sumienie trudno obudzić. Najważniejsze, byśmy poradzili sobie z sumieniem własnym. Co prawda na razie mimo ogłoszonego wzajemnego przebaczenia sukcesów brak.

Mimo rytualnych, zgodnych z protokołem kazań, mimo rocznicowego machania kadzidłami do dziś porozumienie w sprawie zbrodni wołyńskiej było „kastrowane”, gdyż nie było pokuty. Wewnętrznej, nie pozornej. Formalne próby porozumienia przypominały biurokratyczną błazenadę – „tutaj ostry wyraz wycinamy, a tutaj dodajemy mądre słowo”. Ale nie palił wstyd, który umożliwia pokutę za grzech, który nadal ropieje pod łachmanami pamięci narodowej. Wynajdywano powody, aby zrównać przebaczenie z imperatywnym: „niech oni pierwsi pokutują”.(…)

Pokutować powinna ta część narodu, która wciąż tworzy w sercu linię podziału na swoich i obcych. Gdzie swój jest zawsze bliższy. Ta część, która wyraźnie wyznacza „swojego bliźniego” i „tego ich, dalszego”. Gdzie obcy to zwykle wróg. Gdzie swój zawsze jest ofiarą. Gdzie Chrystus to tylko abstrakcyjny autor utopii i atrybut liturgii, zabity Polak nie równa się zabitemu Ukraińcowi i na odwrót.

Jeśli chcemy, aby słowa skruchy zostały usłyszane, będziemy musieli obudzić swoją odpowiedzialność za grzech zbiorowy. Chodzi o to, by sformułować te słowa tak, abyśmy mogli usłyszeć je my sami. Bo to nie dla Polaków jest ważne nasze „przepraszam”, ale właśnie dla nas samych. Cokolwiek by mówili nasi narodowcy paranoicy, nikt nie „zabierze Kresów” z powodu tych, którym na Ukrainie będzie wstyd za krew przelaną w latach 40. na Wołyniu.
Narodowe „ja” ma wiele powodów do dumy, ale powinno być wrażliwe na niesprawiedliwość. Tak więc czy to Ukraińcy spowodowali krzywdę na Wołyniu – każdy decyduje za siebie. I podobny test stoi przed każdym narodem.

Chrześcijaństwo nie wymaga znalezienia winowajcy – za to chrześcijanin ma siłę, aby przyznać się do winy, wymacać ją pod pozłacanymi warstwami pamięci narodowej. Za co mają pokutować Polacy, niech przypominają oni sami – na drogę pokuty „za swoje” musimy wejść sami, bez względu na ich reakcje.

Nieprzebaczony grzech niszczy i tylko sumienie pozwala skupić rozmytą pamięć narodową.

Skrucha leczy sto razy bardziej niż triumfalne marsze. Bębny marszowe są głośne, ale jest to tylko bicie halucynogennego haszyszu w skroniach. Powojennym Niemcom się udało. Udało się Francji. Udało się Polakom w sprawie Jedwabnego. My na razie nie dojrzeliśmy.

Polityka pamięci historycznej staje się możliwa, kiedy u ludzi budzi się sumienie. W przeciwnym razie jest to tylko propaganda, zwodnicza koronka argumentów. Dlatego pamięć poszkodowanych zawsze jest silniejsza niż fanfary propagandy i cenzury.
Oczywiście strach się przyznać i żyć z plamą na honorze narodowym. Ale jeszcze gorzej żyć z grzechem nieodkupionym, bo to znak, że nie idziemy bożą drogą.

Przyznam się, że czytając ten tekst miałem łzy w oczach.
Bo oddaje on ten najgłębszy sens, o który tak naprawdę wszystkim nam (i wam) w sercach naszych chodzi.
Szczęśliwie jedne z pierwszych kroków, o którym w nim mowa, zostały już uczynione. M.in. wspomnianym listem, a jeszcze bardziej cytowanym tekstem.
Kolej na kolejne każdego z nas i… was… Na obudzenie naszych sumień…

Opublikowano aktualności, kościół, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , | Skomentuj

Ukraiński list otwarty do polskiego społeczeństwa z prośbą o wybaczenie

Polskie media pominęły niemal zupełnym milczeniem list otwarty do polskiego społeczeństwa z prośbą o wybaczenie za zbrodnie ludobójstwa na Wołyniu. List podpisali, m.in.,  byli czołowi politycy i najwyżsi dostojnicy kościołów na Ukrainie.

Czytamy w nim, m.in.:

​Просимо прощення за скоєні злочини і кривди – це наш головний мотив.

Просимо прощення і рівною мірою прощаємо злочини і кривди, вчинені щодо нас, – це єдина духовна формула, що повинна бути мотивом кожного українського і польського серця, яке прагне миру й порозуміння.

Prosimy o przebaczenie za swoje zbrodnie i krzywdy – to jest nasz główny motyw.

Prosimy o przebaczenie i tak samo przebaczamy za zbrodnie i niesprawiedliwości popełnione przeciwko nam – jest to jedyna duchowa formuła, która powinna być motywem każdego ukraińskiego i polskiego serca, które pragnie pokoju i porozumienia.”

[tłumaczenie za forum Kresy]

Pomimo tego, że wcześniej mogło się zdawać, że cała Polska  czeka na podobne słowa przeprosin i prośby o wybaczenie, odzew był mizerny, a rezonans społeczny właściwie zerowy.

- Dlaczego tak się stało? – mógłby ktoś zdumiony takim obrotem sprawy zapytać.

Jak się wydaje przyczyna nie tkwi w asymetrii (10-krotnie wyższej liczby ofiar banderowców po stronie polskiej, niż po stronie ukraińskiej w wyniku odwetu ze strony Armii Krajowej), chociaż komentatorzy polscy zgodnie ją podkreślają.

Przyczyna leży dużo głębiej i to już w czasach obecnych. Opinia społeczna w Polsce odwróciła się od Ukrainy w chwili, gdy ta przyjęła pakiet ustaw gloryfikujących byłych banderowców (UPA, OUN). Gdy w istocie uznała zbrodnię ludobójstwa (na, jak się ocenia, nawet do 150 000 Polaków wraz z kobietami i dziećmi) za uasadniony, pragmatyczny sposób zdobycia niepodległości w kolaboracji z niemieckim okupantem. I nie przeszkadza im nawet to, że żadnej wolności tą drogą Ukraina nie wywalczyła. Wolność i po raz pierwszy własną państwowość  uzyskała w efekcie rozpadu ZSRR, do czego walnie przyczynił się nasz polski ruch Solidarności, którego rocznicę zwycięstwa dziś obchodzimy.

W efekcie Ukraina straciła praktycznie całą sympatię naszego narodu, jaką cieszyła się zwłaszcza od czasów Pomarańczowej Rewolucji.

Osłabło także znacząco wsparcie polityczne, jakiego Polska udzielała Ukrainie na drodze do integracji z Unią Europejską.

W obliczu otwartego konfliktu zbrojnego z Rosją, zresztą, Ukraina odrzuciła, jak się zdaje, wszelki udział Polski w arbitrażu politycznym. A nasze władze nie nalegały.

Wygląda na to, że sprawy Ukrainy przestały mieć większe znaczenie dla narodu żyjącego nad Wisłą. Wygląda też na to, że list ów spóźniony jest o całe pokolenia. W efekcie nie słowa, a czyny się liczą. List podpisał, m.in., były prezydent Wiktor Juszczenko. Ten sam, który odchodząc z urzędu zdołał jeszcze do spółki z Julią Tymoszenko przeforsować pakiet ustaw probanderowskich. Nic dziwnego, że odbierany jest on nie tyle nawet nieufnie, co obojętnie. Niech najpierw Ukraińcy zrobią porządek na swoim podwórku z nacjonalistyczno-faszystowską tradycją banderowską – mówią wprost komentatorzy – a potem możemy wrócić do procesu pojednania. Jeśli jeszcze będzie z kim. Bo wiele wskazuje na to, że Rosja nie zatrzyma się na Krymie. Zwłaszcza, gdy zinstytucjonalizowany faszyzm dojdzie do głosu i „rdzenni” Ukraińcy spod znaku Bandery odważą się ruszyć z siekierami na swoich sąsiadów o rosyjskich korzeniach, podobnie jak kiedyś (pod osłoną niemieckiego okupanta) ruszyli na polskie wsie na Wołyniu.

Opublikowano aktualności, kościół, polityka, społeczeństwo | Otagowano , , , , , , , , , , | Skomentuj